piątek, 24 kwietnia 2020

Nietypowa prośba Dracona Malfoya

— To jest ręka. Ręka. R. Ę. K. A. Tak, ty też masz rękę. Tak, właśnie tu. Tak. Tu. Ręka. Tak, tak, jest bardzo zabawna. Też się z tego śmiałem, jak miałem jakieś dwa miesiące —  mruknął pod nosem wysoki blondyn, mierząc krytycznym wzrokiem swoją roczną córkę. Omiótł spojrzeniem jej burzę platynowych loków, rumiane policzki mocno kontrastujące z alabastrową cerą, aż w końcu zatrzymał wzrok na jej pięknych, bursztynowych oczach. — Szczęście, że nadrabiasz urodą, bo rozumu nie masz za knota. Mężczyzna pokręcił tylko głową na pisk radości, jaki wydała dziewczynka, gdy zrozumiała, że ma aż dwie ręce, każdą zakończoną pulchną dłonią z pięcioma drobnymi paluszkami. — Tak, tak. Boki zrywać. Gdyby nie to, że jesteś rasy białej, mogłabyś śmiało uchodzić za córkę Zabiniego.
Mała zamrugała, patrząc na niego w zdumieniu i konsternacji tak wielkiej, jakby właśnie przed chwilą opuściła wykład z fizyki kwantowej. Spuściła smętnie głowę, jednak jej twarz zaraz wykrzywiła się w niezmierzonym zachwycie, gdy spostrzegła jego rękę.
— Tak. Ręka. Masz pamięć gorszą niż ogrodowy gnom.
Tę wysoce skomplikowaną konwersację przerwał cichy dzwonek, obwieszczający, że dotarli na właściwe piętro. Dziękując za to opatrzności, poprawił córkę w ramionach i opuścił windę, kierując się do drzwi na końcu przeszklonego korytarza. Zapukał, a będąca w podziwie dla możliwości ręki mała, sapnęła głośno. 
Drzwi uchylił się, ukazując pochłoniętego w lekturze najbardziej rozchwytywanego prawnika w Londynie. Teodor Nott, bo to właśnie o nim mowa, uniósł znad opasłej księgi wzrok i skrzywił się.
— Nie wiedziałem, że zabierzesz ze sobą Rose. Przygotowałem się tylko na ciebie — dodał, ruchem głowy wskazując czekającą na nich butelkę Ognistej i dwie szklanice. — Wszystkie kaszki na czarną godzinę pochłonął mały Zablini Zabini.
Draco zacmokał z niesmakiem.
— Weasleyówna nadal nie zdołała przekonać Blaise'a do normalnego imienia?
— Nie. I dlatego nie zamierzam nikogo zapładniać, dopóki nie ustalę godnego nazewnictwa dla potencjalnego pomiotu — zaśmiał się Nott, odpychając się od kanapy. — Poszukam czegoś dla Rose. 
— Nie nazywaj jej tak. Ma na imię Rosaline. Nie Rose.
Brunet tylko przekręcił oczami, słysząc stałą śpiewkę przyjaciela. Nie mógł dopuścić myśli, że jego najmłodsze dziecko dzieli imię z dość osobliwą, a zdaniem niektórych (na przykład Dracona) dość brutalną staruszką. Dlatego też za każdym razem, gdy ktoś ośmielił się nazwać jego córkę Rose, lub, co gorsza, pouczać go, że jest to zdrobniała forma Rosaline, robił się… nieprzyjemny. W kuluarach mówiło się, że wiele osób straciło stołki w Ministerstwie tylko dlatego, że ośmielili się użyć niewłaściwej formy imienia małej panny Malfoy, co nie do końca było zgodne z prawdą. Powód był o wiele bardziej racjonalny. Draco Malfoy był po prostu wredny.
Słysząc znajomy głos, Amber Nott weszła do salonu i cała się rozpromieniła na widok małego aniołka w ramionach Dracona.
— Rosie! — Krzyknęła, wyciągając ramiona do swojej chrześnicy.
— Na. Imię. Jej. Rosaline.
Stojąca tak blisko niego Amber mogła przysiąc, że usłyszała zgrzyt kruszonych zębów, kiedy wywarczał te słowa. Podobnie jak jej mąż, tylko przewróciła oczami i, odbierając małą, zagruchała:
— Chodź, Rosie, cioteczka Amber pokaże ci jak pozdrawiać tatę jednym paluszkiem. Ja się nią zajmę — powiedziała do Teodora, wyganiając go z kuchni. 
Panowie przeszli do gabinetu prawnika. W ciągu lat nic się tu nie zmieniło, z wyjątkiem bukietu kwiatów na biurku i kilku dodatkowych półek z kodeksami prawnymi z całego świata.
— Z czym tym razem przychodzisz? Kolejna sprawa o zniesławienie? Nieuzasadnione zwolnienie? Mobbing?
— Sprawa jest… Bardziej delikatna —  rzekł Draco, leniwy gestem dłoni wprawiając Ognistą w szklance w ruch. — Widzisz, jakiś czas temu coś mi… skradziono.
Teodor zmarszczył brwi.
— Rozumiem, że jeśli przychodzisz z tym do mnie, nie zgłosiłeś tego z powodu nielegalności…
— Och, ależ zgłosiłem — przerwał mu Malfoy. — Zgłosiłem, nie raz, nie dwa. Prosiłem, Ostrzegałem… Problem polega na tym, że ktoś mi coś zabrał i upublicznił bez mojej zgody. I to nie jedna osoba.
— Co w takim razie chciałbyś zrobić.
— Znaleźć, pobić i spalić.
— A jeśli Ci powiem, że to nielegalne?
— Znaleźć, pobić i spalić.
— A jeśli to nieświadomi swoich błędów ludzie?
— Znaleźć, uświadomić, pobić i spalić.
— Rozumiem… —  mruknął Nott, odchylając się na krześle. Złożył palce w typowym dla siebie geście i oparł na nich podbródek. — Cóż, zakładając, że wykorzystałeś wszystkie legalne sposoby na zaprzestanie upubliczniania swojej własności, nie chcesz trafić za kratki i zależy ci na dyskrecji, masz jedno rozwiązanie.
— I to jest?
— Pokonaj ich własną bronią.
Draco upił łyk Ognistej, czując, jak usta rozciągają mu się w szerokim, mściwym uśmiechu. Jego przyjaciel odwzajemnił ten gest, porywając że stosu pergaminów niezapisaną kartkę i kilkukrotnie pstrykając długopisem, spytał: 
— Za pomocą czego chcesz oficjalnie upublicznić te dokumenty? 
Zanim Draco zdążył odpowiedzieć, Rosaline pchnęła drzwi, wkraczając do gabinetu niepewnym krokiem. Uśmiechnęła się szeroko, wyjmując z ust obślinioną dłoń. Wpadające do pokoju światło słoneczne dokładnie oświetliło jej powoli unoszącą się rękę z jednym, mokrym wyprostowanym palcem. Czas jakby zwolnił, gdy dziewczynka, nadal pozdrawiając ojca, niewyraźnie wydukała pierwsze słowo. 
— Rę-ka.

 ***
Wychodząc naprzeciw potrzebom czytelników, a także próbując zablokować pojawianie się licznych kopii opowiadania, zapraszamy na:

Przez lata stroniłyśmy od zawitania na tą platformę, pomimo tego, iż zdawałyśmy sobie sprawę z jej większej popularności w stosunku do bloggera. Z wielu powodów nie jest to dla nas po prostu wygodne źródło czytania czy też publikowania treści. Wiemy jednak, że się różnimy i dla wielu z Was Wattpad jest aplikacją idealną, dlatego rozpoczynamy na niej publikację NML. Jednakże...
Nie możemy pozbyć się uczucia, iż w pewnym stopniu nie jest to całkowicie nasza decyzja, do której jesteśmy przekonane w 100%. Publikacja została na nas po części wymuszona jako reakcja na kradzież opowiadania. Tak, kradzież, ponieważ inaczej nazwać tego nie można. Jeśli naprawdę ktoś nie może przekonać się do bloga, nie chce mu się zapisywać stron do czytania offline, to naprawdę nie przeszkadza nam, że ktoś spisze sobie całość (ponad 1000 stron, powodzenia :)) i trzyma ten plik tylko dla siebie, czytając go po zmroku i nie wstawiając go na Internety. Sprawa wygląda jednak inaczej, kiedy robi to i publikuje, za nic mając nasze prośby. Jakoś nie przekonują nas wytłumaczenia, że ktoś wstawia publicznie przepisany tekst tylko i wyłącznie dla swojej wygody...
Chciałyśmy Was prosić o jedną rzecz, nie tylko w imieniu naszym, ale również innych twórców opowiadań. Na obmyślaniu fabuły, charakterów a wreszcie redagowaniu i publikacji spędzamy wiele, wiele, wiele godzin. Prosimy Was, aby zawsze sprawdzać osoby publikujące, czy mają do tego prawo, zgodę autora. Reagujcie, jeśli jesteście świadkami przywłaszczenia czyjejś pracy. Zwracajcie się do twórców z prośbami o rozpowszechnienie tekstu na inne platformy. Po prostu szanujmy siebie i swoją pracę.

*EDIT:
Chciałybyśmy z całego serducha (a nawet dwóch) podziękować za liczny odzew na Wattpadzie w postaci komentarzy pojawiających się pod kopiami NML. Także, uwaga, DZIĘKUJEMY <3 <3

sobota, 26 sierpnia 2017

Rozpoczęło się "Polowanie na czarownice"!

Jak w tytule :) Spieszymy donieść, że właśnie został opublikowany Prolog nowego opowiadania.

Jak dostać się na nowego bloga?
1. Kliknij w ten link: Polowanie na czarownice lub
2. Kliknij w obrazek znajdujący się w prawej kolumnie bloga -----> lub
3. Poprzez odnośnik na grupie na fb DRAMIONE[PL] lub
4. Bądź bohaterem we własnym domu i pobaw się z przeglądarką (może okazać się problematyczne, gdyż nie wiemy, czy na bloga zajrzał już robot Google)

Podjarane, żegnamy się, żywiąc głęboką nadzieję na to, że spotkamy się po drugiej stronie... znaczy się na drugim blogu :)

sobota, 27 maja 2017

Mamy dziś ładną pogodę... à propos jest głosowanie...

Właściwie pogoda jest taka średnia, a nawet powiedziałybyśmy, że zdradziecka, ale po co Was niepokoić. Trzeba myśleć pozytywnie. Co najwyżej możecie sobie zwizualizować ładną pogodę (ostatnio jest to modne), a nóż widelec się uda i wszyscy wyjdziemy na łąki się opalać. Ale my nie o tym...

Przyszła wiosna i ptaszki ćwierkają o tym, iż na Katalogu Granger ruszyła jubileuszowa edycja na blog miesiąca. A jako, że dzięki Wam udało nam się wygrać VI edycję, to i nasz blog jest w grupie nominowanych do tejże edycji.

A więc wiecie, co robić! Weźcie czteropak do ręki i idźcie korzystać z ładnej pogody, absolutnie nie przejmując się tym głosowaniem. A gdy już zwiększycie stężenie alkoholu we krwi, to przy okazji zróbcie coś szalonego i zagłosujcie w ankiecie, do której link znajdziecie o TU


PS: Uważajcie na siebie, polowanie coraz bliżej...

Zamiarem Autora nie było nakłanianie nieletnich do spożywania alkoholu. Za wszelkie błędne interpretacje słów Autora, Autor nie odpowiada. To, że Autor zwizualizował sobie czteropak Perły Chmielowej, o niczym nie świadczy. Autor nie jest alkoholikiem. I w tej chwili Autor idzie się napić.


piątek, 12 maja 2017

Wywiad życia [Blaise Zabini x Ginny Weasley]

— Gwizdek sędziego kończy trwający od ponad pięciu godzin mecz! — rozbrzmiał wzmocniony głos speakera. — Cóż to było za widowisko! 420 : 220 dla Strzał z Appleby! Kontrowersyjny, przynajmniej jak do tej pory, pomysł odmłodzenia drużyny przez trenera McKennaya przyniósł znakomite efekty. Dzisiejszym zwycięstwem Strzały pozbawiają złudzeń na zdobycie Pucharu drużynę Os z Wimbourne, co zapewne nie wpłynie pozytywnie na trwające od wieków burzliwe relacje obu zespołów. A oto bohaterowie dzisiejszego meczu i szewcy wspaniałego zwycięstwa: Lucas, Flint, Zabini, Jeffery, Kenndrix, Otch'ley i... Abbey!
Blaise wyszczerzył się w pełnym uśmiechu ku wiwatującym kibicom i jeszcze raz, wraz ze swoją drużyną, okrążył boisko Quidditcha, napawając się kolejnym zwycięstwem w sezonie. Zwycięstwem, które cieszyło tym bardziej, że wiedział, iż na trybunach siedzieli jego przyjaciele. Wraz z pozostałymi wleciał do sektora swojej drużyny, by móc cieszyć się z wygranej razem z trenerem i resztą zespołu. Chwilę później, gdy jego klubowi koledzy zostali otoczeni przez swoich sympatyków i grono dziennikarzy, wschodząca gwiazda Strzał z Appleby wymknęła się do pobliskiego sektora, gdzie czekały na nią znajome twarze przyjaciół z Hogwartu. Jego wzrok najpierw padł na Teodora, który, pomimo tego, iż na dzisiejszą okazję rozstał się ze swoim nienagannym garniturem w najnudniejszym odcieniu szarości, nadal wyglądał, jakby połknął kij od szczotki. Obok niego stał odrobinę poddenerwowany Malfoy, który przez ostatnie dni sprawiał wrażenie, jakby ktoś podrzucił mu tykającą bombę. Chłopak obejmował ramieniem rozpromienioną Hermionę, która w gruncie rzeczy była wspomnianą już tykającą bombą, mającą za chwilę wybuchnąć. A właściwie urodzić. Okazały ciążowy brzuszek pani magomedyk laboratoryjnej wyraźnie odznaczał się na jasnej, zwiewnej sukience.
— Moja Teodora! — wykrzyknął i uwiesił się na szyi przyjaciela, czochrając jego włosy. — A mówiłeś, że nie możesz przyjść.
— Udało mi się przesunąć spotkanie, ale...
— I mój narcyś — kontynuował Zabini, witając się z blondynem. — Mordo ty moja, jak ja cię długo nie widziałem!
— Zaledwie trzy tygodnie...
— I najpiękniejsza z mordek — powiedział, ujmując szarmancko dłoń pani Malfoy — z każdym dniem szczuplejsza — dodał, składając delikatny pocałunek.
— Blaise — dziewczyna zaśmiała się, trącając go w ramię. — Nie musisz mi przypominać, że wyglądam, jakbym została trafiona zaklęciem żądlącym.
— Mój ty paszteciku — wtrącił blondyn, czule obejmując żonę.
— Malfoy, ostrzegam cię... — zaczęła groźnym tonem, jednak arystokrata szybko uciął wywód kasztanowłosej, składając na jej ustach pocałunek. — Nie myśl, że dam się tym udobruchać... — uśmiechnęła się w momencie, gdy blondyn nachylił się nad nią i zaczął szeptać jej do ucha. Policzki dziewczyny zaróżowiły się, gdy zdała sobie sprawę, że są obserwowani przez dwójkę przyjaciół. Trąciła delikatnie męża ramieniem, a ten jak gdyby nigdy nic odchrząknął i ze szczerym entuzjazmem oznajmił:
— Gratulacje, to był naprawdę wspaniały mecz.
— Bardzo... widowiskowy — dodała Hermiona, dyskretnie przenosząc jego dłoń ze swoich pośladków.
— A widzieliście to, jak samotnie przebiłem się przez ich linię obrony i zostałem sam na sam z bramkarzem a później...
— Stary, ten manewr to kwintesencja finezji. Coś pięknego — westchnął Nott, wbijając rozmarzony wzrok w widoczną część boiska. — Cholera, tak dawno nie grałem...
— Musimy się umówić na mecz — zadecydował Draco, po czym ze złośliwym błyskiem w oczach zerknął na żonę. — A Granger stanie na obronie. Zasłoni trzy pętle za jednym zamachem.
Brunetka z uśmiechem pogroziła mu palcem.
— Jeszcze słowo, a sam sobie będziesz rodził to dziecko.
Pozostali parsknęli śmiechem i wymienili spojrzenia.
— Słuchajcie, co powiecie na to, by zorganizować zwycięskie małe co nieco? — zaproponował Zabini, zacierając ręce.
— Blaise, chodźże już! — usłyszeli zniecierpliwiony głos jednego z zawodników. — Czekają na ciebie!
— Zaraz! — odkrzyknął chłopak. — To co? Porozmawiam chwilę z dziennikarzami i idziemy?
— Ja nie mogę — wtrącił Nott. — Jestem już umówiony...
— ... z dziewczyną, której nikt nie widział, z którą nikt nie rozmawiał i której nie możemy poznać, bo pewnie nie istnieje — wyrecytowali chórem Draco i Blaise.
Teodor zmrużył oczy.
— Nienawidzę was — oznajmił, kręcąc głową nad ich głupotą. — Może innym razem wszyscy gdzieś wyskoczymy...
— Razem z tą twoją przyjaciółką? — dopytywał Draco, nie zważając na próby ucieszenia go przez Hermionę.
— Miałem na myśli naszą czwórkę — dodał nieco już speszony Teodor, zerkając na zegarek.
— To może wyskoczymy w przyszły weekend wspólnie na mecz? Dostałem bilety od organizatora — zaproponował Zabini, zerkając na czekającą na niego grupkę dziennikarzy.
— Brzmi świetnie — zgodził się Teodor, żegnając się z przyjaciółmi. — Wybaczcie, ale muszę już iść.
Nim którekolwiek z pozostałych zdążyło coś powiedzieć, Nott obrócił się na pięcie i zniknął w tłumie wychodzących ze stadionu czarodziejów.
— Wstydzi się nas, czy jak? — zastanawiał się Blaise, którego coraz bardziej niepokoiły dziwne zniknięcia przyjaciela.
— Mówiłam, że za bardzo na niego naciskasz — oznajmiła Hermiona. — Znajdzie sobie kogoś, gdy przyjdzie odpowiedni moment.
— Ale żeby tak od razu sobie wymyślać dziewczynę? — zażartował Draco.
— A skąd wiesz, że ją wymyślił? — dociekała kasztanowłosa.
— Słońce, to chyba jasne — wtrącił się Blaise. — Gdyby naprawdę jakąś miał, to by ją nam w końcu przedstawił, a nie nas zwodzi od kilku miesięcy, że „jeszcze jest na to zbyt wcześnie” — dodał, naśladując rzeczowy ton przyjaciela. — Swoją drogą myślę, że jest kryptogejem...
— Draco — szepnęła Hermiona, zatykając usta męża dłonią, jednocześnie spoglądając z zawstydzeniem na mijających ich członków ekipy sprzątającej.
— Kryptogej — wyjęczał blondyn, próbując zaczerpnąć powietrza, jednak napady śmiechu skutecznie mu to utrudniały. — Skąd to wiesz? Widziałeś go w akcji?
Ciężarna pokręciła głową.
— Jak dzieci...
— Widzieć nie widziałem, ale pozbył się Zoe — odpowiedział Blaise, wyginając usta w podkówkę. — Serce mi pękło, gdy zobaczyłem ją taką nagą, bezbronną, leżącą na śmietniku...
Hermiona nagle pobladła.
— O kim wy mówicie? Kim jest Zoe?!
— Uspokój się, skarbie, Zoe nie jest żywa — wytłumaczył jej Draco.
— NIE?!
— Nigdy nie była. Zoe to seks zabawka. Blaise mu ją dał.
Dziewczyna popatrzyła pustym wzrokiem na męża, potem na jego szczerzącego zęby przyjaciela i znowu na niego. Nagle zmrużyła oczy i popatrzyła na niego podejrzliwie.
— Też jakieś masz?
— Ależ skąd.
— Draco — wymruczała powoli ostrzegającym tonem.
Były Ślizgon posłał jej płomienne spojrzenie i uniósł kącik ust, ukazując dołeczek w policzku.
— W zupełności mnie zaspokajasz.
Dziewczyna przełknęła ślinę.
— Porozmawiamy o tym później — rzuciła, z o wiele przyjaźniejszym usposobieniem.
Zabini uśmiechnął się. Zazdrościł tej dwójce, a to uczucie potęgowane było faktem, iż jego wybranka znikała niczym sen złoty po każdej upojnej nocy, jaką było im dane spędzić co parę miesięcy. Chciał, by Teodor również mógł zaznać tego szczęścia, jednak zawsze, gdy wyciągał go do klubów i umawiał z dziewczynami, ten stronił od ich towarzystwa. Chcąc pomóc przyjacielowi, podarował mu Zoe, jednak bidulka wylądowała w śmietniku. To go nie zniechęciło, przeciwnie. W jego głowie powstała teoria o homoseksualizmie przyjaciela. Wzdrygnął się, przypominając sobie jego ryk, gdy przyniósł mu męską wersję Zoe. Lucjan również nie skradł serca Teodorowi i zakończył żywot na śmietniku, z połamanymi kończynami i dziurą ziejącą z brzucha. Życie bywa brutalne, nawet dla dmuchanych lal.
— Blaise! Czekają!
— Już idę! — odkrzyknął, przewracając oczami. — Dziesięć minut i jestem z powrotem. Rozumiecie, sława — dodał, szczerząc zęby.
Gdy tylko wszedł do sali, niemal oślepł od błysku aparatów. Dumnie wypiął pierś i obdarzył zgromadzonych szerokim uśmiechem. Następnie podszedł do drużyny i ustawił się do zdjęcia grupowego.
Lubił to. Lubił udzielać wywiadów, pozować do zdjęć, rozdawać autografy, choć była to tylko kolorowa otoczka do Quidditcha. Lubił świadomość, że znowu mu się coś udało, że osiągnął kolejny sukces i że jego życie tak bardzo odbiega od jego wyobrażeń sprzed sześciu lat. A najlepsze było to, że jego pasja stała się jego pracą i wcale nie musiał tłumić swojej natury.
— Ostatnie pytanie — oznajmił Blaise.
Las rąk wystrzelił w powietrze. Zabini po raz kolejny omiótł dziennikarzy spojrzeniem, szukając na próżno tej jednej, jedynej twarzy.
Udzielił odpowiedzi, podziękował i wstał od stołu. Dziennikarze nie ustępowali, zasypując ścigającego kolejnymi pytaniami.
— Naprawdę bardzo mi przykro, ale nie mogę poświęcić wam więcej czasu.
— Nawet dla dawnej znajomej? — rozbrzmiał pewny siebie i nieustępliwy głos wydobywający się z tłumu. Głos, na który czekał już od miesięcy. Odwrócił się w jego stronę.
A oto i ona, kobieta, na którą czekał. Kobieta z nogami długimi i mocarnymi jak pętle na stadionie, spojrzeniem równie ostrym, co świeżo ścięta murawa i włosami równie ognistymi, jak jej temperament. Ginewra Weasley we własnej osobie. Bez wahania podszedł do kobiety, która zawsze mu się wymykała.
— Ginny Weasley, korespondentka Quidditcha dla Proroka Codziennego...
— No przecież wiem — wtrącił, uśmiechając się szeroko.
Dziewczyna zdawała się nie słyszeć jego uwagi, a może po prostu ją zignorowała, tak samo, jak ignorowała maślane spojrzenie Blaise'a Zabiniego. Wyjęła z torebki niewielki dyktafon i zadała pierwsze pytanie:
— Kolejne zwycięstwo w sezonie zapewniło wam otwartą drogę do dalszych rozgrywek. Nie obawiacie się przerwania dobrej passy?
— Pięknie dzisiaj wyglądasz. Super jest ta garsonka. Podkreśla nogi.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem i odchrząknęła, ignorując pomruki otaczających ich dziennikarzy, po czym wznowiła wywiad:
— W czym upatrujesz główny powód waszej coraz lepszej gry na boisku?
— Fajnie, że wróciłaś — powiedział, wpatrując się w nią jak urzeczony.
Rudowłosa wypuściła głośno powietrze, powoli tracąc nad sobą panowanie. Podsunęła chłopakowi dyktafon pod sam nos i spytała:
— Jak odniesiesz się do plotek odnośnie zainteresowania trenera Armat z Chudley twoim ewentualnym transferem?
— Umówisz się ze mną na kolację?
Tak jak przypuszczał, Ginny zachowała spokój. Nie mogła na oczach ludzi urządzić mu sceny. Nie pozwalał na to ani jej perfekcjonizm, ani pracoholizm. Jakimś cudem powstrzymywała gniewne rumieńce przed wpłynięciem na policzki.
Wyłączyła dyktafon i szepnęła:
— Musimy porozmawiać — po czym zniknęła za rogiem.
Zabini nie mógł zrobić nic innego, jak podążyć za nią. Gdy tylko znaleźli się w bezpiecznej odległości od reszty dziennikarzy, odwróciła się na pięcie i warknęła:
— Co to miało być? Chcesz mnie zniszczyć?
— Nie rozumiem, o co ci chodzi... — odparł, zarabiając tym na uderzenie w ramię.
Podeszła do niego tak, że niemal stykali się nosami. Nie musiała zadzierać głowy, w obcasach była mu niemal równa. Uniosła ostrzegawczo palec.
— Dobrze wiesz, o co chodzi. Ja MUSZĘ mieć ten wywiad.
Blaise uśmiechnął się. W końcu zrzuciła maskę i przestała tłumić swój charakterek. Jej twarz zarumieniła się, oddech przyśpieszył, a oczy ciskały w niego gromy, jakby chciała go zabić.
Salazarze, jak on ją kochał.
— Przykro mi, słońce, ale nie mam teraz czasu.
Ginny zmrużyła oczy.
— Teraz. Ale później go znajdziesz — mruknęła pod nosem, po czym znowu go uderzyła. — Zabini, ty świnio, wiem, co planujesz. Odpowiedź brzmi: nie!
— Będę czekał w restauracji La Rosa. O ósmej. Nie spóźnij się i włóż tę czerwoną sukienkę — rzucił, odwracając się od niej.
Dziewczyna zrobiła kilka kroków na drżących nogach i zacisnęła pięści.
— Nie masz na co liczyć. Nie prześpię się z tobą.
Zabini rzucił jej przez ramię szeroki uśmiech.
— Kochanie, my zawsze lądujemy w łóżku. A! Jeszcze jedno — dodał, zatrzymując się. — Mam jeden warunek.
Dziennikarka założyła ręce na piersi i przechyliła głowę.
— Naprawdę? — parsknęła.
— Mhm. Radzę ci spotkać się z Hermioną, jest tu. Nie wolno zaniedbywać tak przyjaciół. Przekaż, że coś mi wypadło.
Przez chwilę patrzyła, jak się oddala, po czym zaśmiała się z niedowierzaniem. On, Blaise Zabini, wieczne dziecko, miał czelność ją pouczać. Miała pracę! Obowiązki! To wcale nie było to, że w ogóle nie myślała o Harrym, Hermionie i swojej rodzinie. Regularnie pisała listy i przysyłała zdjęcia ze swoich podróży, a co noc przed zaśnięciem myślała o nich, nieraz ze łzami w oczach.
Zaklęła pod nosem i skierowała się w stronę schodów. Zamarła w połowie drogi, gdy jej oczom ukazała się burza znajomych loków.
Kobieta odwróciła się do męża i Ginny mogła zobaczyć jej okazały brzuch. W jej oczach pojawiły się łzy, gdy tęsknota uderzyła w nią z całą siłą. Gdy ostatnio widziała przyjaciółkę, ta miała jeszcze płaski brzuch, teraz wyglądała, jakby lada chwila miała urodzić.
— Hermiona!
Pani Malfoy odwróciła się i zaśmiała, po czym wpadła w ramiona przyjaciółki.

***

— Miałaś założyć czerwoną — powiedział na przywitanie Blaise, wydymając wargę na widok tej samej garsonki.
Ginny usiadła i wyjęła z torebki dyktafon.
— Załatwmy to od razu.
— Zawsze przechodzisz do rzeczy.
Dziewczyna pokręciła głową, widząc jego niedorzecznie szeroki uśmiech.
— Udam, że tego nie słyszałam i nie wiedziałam, do czego pijesz. Gotowy?
— Jak zawsze.
Kopnęła go pod stołem i uśmiechnęła się zwycięsko, widząc jego grymas. Postawiła dyktafon na stole, nim jednak go włączyła, zerknęła na niego i powiedziała:
— Dziękuję.
— Za to, że ci nie oddałem? — spytał, nadal masując łydkę.
— Nie, gamoniu — zaprzeczyła, niemal czule wymawiając przezwisko. — Za to, że... Tak bardzo za nią tęskniłam. Chyba nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo.
Zabini skinął głową.
— Hermiona też tęskniła. Często o tobie wspominała. — Chłopak skrzywił się, przypominając sobie, jak w czasie ciążowego napadu melancholii, ze łzami w oczach oglądała przysłane przez Ginny zdjęcia. — Naprawdę tak ciężko znaleźć ci jeden dzień wolnego?
Weasleyówna nie odpowiedziała. Włączyła urządzenie i zaczęła wywiad, ukrywając, jak bardzo zabolała ją jego uwaga.
— Ginny Weasley dla Proroka Codziennego...
— Witam piękną nieznajomą...
— Gratuluję spektakularnego zwycięstwa i awansu do kolejnej fazy rozgrywek angielskiej ligi Quidditcha. Wielu ekspertów wskazuje ciebie jako najbardziej wartościowego zawodnika Strzał z Appleby. Nie czujesz w związku z tym zbyt wielkiej presji?
— Hmm... nie.
Ginny wyłączyła dyktafon.
— Tak będą wyglądały twoje odpowiedzi? Hmm, nie? — spytała, patrząc na niego oskarżająco.
— Hmm... może — mruknął, z uśmiechem przyglądając się, jak w nerwowym geście dziennikarka przerzuca włosy z jednego ramienia na drugie.
— Okey. Postawmy sprawę jaśniej, o ile tak się da. Chcę długich, mocnych...
— ...pchnięć...
— ... pchnięć, które zadowolą zarówno mnie, jak i... Blaise! — warknęła, raz jeszcze kopiąc go pod stołem. Tym razem jednak zdołał się odsunąć, więc jej noga poszybowała w powietrze, co Zabini zręcznie wykorzystał.
— Mówiłaś coś?
— Oddaj mi nogę!
— Co podać?
Ginny drgnęła na widok kelnera. Posłała Blaise'owi mordercze spojrzenie i spróbowała wyszarpnąć swoją nogę, ten jednak tylko wzmocnił uścisk i jak gdyby nigdy nic złożył zamówienie.
— Świetny wybór. Nasz kucharz robi cuda z owocami morza.
Gdy kelner odszedł, dziennikarka ponowiła próbę uwolnienia się.
— Zabini...
— Oddam, po skończeniu wywiadu. Pytaj.
— Fetyszysta — burknęła pod nosem. — W zamian masz odpowiadać jak człowiek. Wracamy do pierwszego pytania. No więc?
— Szczerze mówiąc, odkąd gram zawodowo, zaczytuję się w nowinkach miotlarskich i nie zwracam uwagi na oceny zawodników. Skupiam się na sobie, na swojej pracy i cieszę się, że jest to zauważane, natomiast nie uważam, by Strzały zawdzięczały sukces tylko mnie. Quidditch to gra zespołowa, każdy ciężko pracuje. Strzały to zespół i dzięki temu, że polegamy na sobie, znamy się i każdemu zależy na zwycięstwu, odnosimy sukcesy. Czy to była wystarczająco elokwentna odpowiedź?
Ginny przewróciła oczami.
— A presja?
— Chyba każdy z nas ją odczuwa, jednak jest to nieodzowna część naszego życia.
— Nie obawiasz się tego, że forma przyszła zbyt wcześnie i może jej zabraknąć, gdy rozgrywki wkroczą w decydującą fazę?
— To już pytanie do trenera... — odpowiedział, jednak, widząc zniecierpliwiony wzrok panny Weasley, dodał: — ale ze swojej strony mogę dodać, że cała drużyna ciężko pracowała na swój sukces i jesteśmy świetnie przygotowani do sezonu.
Dziennikarka drgnęła, gdy poczuła, jak Zabini powoli ściąga jej buta. Spróbowała wykręcić stopę, jednak chłopak chwycił jej kostkę i oparł ją o swoje udo.
— Co ty wyprawiasz?
— Masuję ci stopę. Szpilki nie są wygodne, wiem z własnego doświadczenia.
Rudowłosa zdmuchnęła z twarzy kosmyk włosów i rozejrzała się po sali.
— Ktoś to zobaczy.
— Spokojnie, wszystko zakrywa obrus — odparł spokojnie Zabini, wbijając kciuki w jej piętę. — Przyjemnie?
Nie dała się sprowokować.
— A jak zapatrujesz się na przyszłość? Krążą plotki o rzekomym rekordowym transferze do jednej z najlepszych drużyn Ligi angielskiej...
— Na razie skupiam się na teraźniejszości, na tym, by dać z siebie jak najwięcej na boisku. Masz bardzo delikatną skórę.
— To był Blaise Zabini, ścigający Strzał z Appleby. Dziękuję za rozmowę — rudowłosa zakończyła wywiad, czując, iż nie jest w stanie dalej znosić jego zabawę. W końcu uwolniła swoją nogę i spojrzała na niego znacząco. — Dawaj buta.
Blaise niedbale kopnął go pod stołem w jej kierunku, zarabiając tym samym jej jadowite spojrzenie.
— To szpilki za piętnaście galeonów.
— Mogę ci kupić takich tysiące — oświadczył, machając niedbale dłonią. — Nie zostaniesz nawet na deser? — spytał, widząc, jak dziewczyna wstaje od stołu.
— Nie mam ochoty. Żegnam.
— Zamówiłem twój ulubiony.
Ginny zawahała się.
— Podwójna porcja? — upewniła się, a gdy skinął głową, wróciła na miejsce. — Ze względu na... dawne czasy, zjem go. Ale nie licz, że się z tobą prześpię — dodała, pewna tego, iż tym razem nie skończy się tak, jak zawsze.
Blaise tylko uśmiechnął się szeroko.

***

Na usta budzącej się Ginny wpłynął powolny uśmiech. Przeciągnęła się i odwróciła na drugi bok, wtulając twarz w ciepłą jeszcze poduszkę. Wzięła głęboki wdech, napawając się zapachem Blaise'a.
Blaise.
Natychmiast otworzyła oczy i usiadła na łóżku.
Znowu to zrobili. Znowu dała się uwieść, omamić słodkimi słówkami. Musiała uciekać.
Rozejrzała się po hotelowym pokoju. Była sama. Ciszę zakłócał jedynie cichy szum prysznica dobiegający z łazienki. Miała okazję, by się wymknąć.
Powoli, starając się w żaden sposób nie zdradzić tego, że już nie śpi, wstała z łóżka. Owinęła się kołdrą i niemal z paniką zaczęła rozglądać się za swoimi ubraniami. Podbiegła do kąta, w którym leżała jej biedna garsonka i stanik. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, gdzie były jej majtki.
Nagle skrzywiła się i spojrzała w górę. Jej bielizna przyozdobiła żyrandol.
Przeklinając się za zostawienie różdżki („No tak, z Zabinim będę bezpieczna”), założyła stanik i spódnicę. Przez chwilę się wahała, jednak nie chcąc tracić czasu, odrzuciła bluzkę i narzuciła na siebie żakiet. Zapinając go, ruszyła boso do drzwi. Coś ją niepokoiło. Dopiero po chwili zorientowała się, że szum prysznica ucichł.
Przełknęła ślinę i rzuciła się do klamki. Gdy tylko jej dotknęła, coś szarpnęło ją w tył, poderwało w powietrze i przetransportowało z powrotem do łóżka. „Dupek zabezpieczył drzwi” — zdążyła pomyśleć, nim zaalarmowany hałasem ów dupek wypadł z łazienki ubrany w białe bokserki, rozpiętą granatową koszulę w grochy i czerwoną muchę. Wymienili spojrzenia.
— Nie tym razem, Wiewióro — powiedział chłopak, nie spuszczając z niej wzroku.
Dziewczyna nie myślała długo. Zerwała się do biegu, po drodze rzucając mu torebką w twarz. Otworzyła drzwi i wylądowała na ziemi, gdy Zabini rzucił się na nią.
— Puść mnie! — syknęła Ginny, wierzgając pod nim.
— Przestań uciekać, to cię puszczę. Cholera, dziewczyno — jęknął, gdy gwałtownie odchyliła głowę w tył, uderzając go w nos.
Ginny zerknęła w tył i znieruchomiała, widząc krew cieknącą z jego nosa.
— Merlinie, przepraszam. Nie chciałam, ja tylko się broniłam.
— Przed czym, do cholery? — spytał, wycierając wierzchem dłoni krew. — Walczyłaś, jakbym chciał cię co najmniej zabić.
— Sam jesteś sobie winny!
— Winny czego? Chciałem tylko zatrzymać dziewczynę, którą kocham.
Dziewczyna jęknęła.
— Blaise, nie zaczynaj znowu.
— Właśnie, że zacznę. Wszystko zaczęło się pewnej nocy w Hogwarcie. Chciałem z tobą spróbować, ale chciałaś czasu i ci go dałem. Całe pięć lat, Ginn. Chyba wystarczająco długo mi uciekałaś. Zostań ze mną.
— Nie mogę. Mam obowiązki. I chcę być wolna.
Zabini zaśmiał się ponuro.
— Wolna? A kto tu cię więzi? — Ginny posłała znaczące spojrzenie w kierunku jego dłoni zaciśniętych wokół jej nadgarstków. — No tak. Chodziło mi o sens metaforyczny. Wracając do tematu — ciągnął dalej, za nic mając jej mamrotane pod nosem przekleństwa — naprawdę myślisz, że tam jesteś wolna? Skaczesz po krajach, nigdzie nie zatrzymujesz się na dłużej i nie masz nic innego, jak praca, która odbiera ci tą twoją wolność. Nie mówiąc o przyjaciołach. Twój pracoholizm zaczyna odbierać ci wszystko po kolei.
— Pracoholizm?! Merlinie, ty nic nie rozumiesz! Dzięki pracy mogę podróżować, mogę być wszędzie, bez ludzi, którzy mnie...
— ... kochają?
— Nie. Bez ludzi, którzy mogą mnie do siebie przywiązać i pewnego dnia opuścić.
— Głupolu, kto niby miałby cię opuścić?
— Chociażby ty — powiedziała, odwracając się pod nim. — Jesteś... niestabilnym emocjonalnie... Świrem. Wariatem. Łatwo może ci się odmienić. To tylko seks, nic więcej.
Blaise na chwilę spuścił głowę i głośno westchnął.
— Wiesz — zaczął, podnosząc na nią wzrok — gdybyś nie próbowała się wymknąć i chwilę poczekała, wiedziałabyś, że mi się nie odmieni. Chciałem ci się oświadczyć, głupolu.
Rudowłosa zamrugała. Zlustrowała go spojrzeniem i skrzywiła się.
— To stąd ta beznadziejna koszula?
Skinął głową.
— Gdybyś zaczekała, powiedziałbym ci, że chcę się z tobą ożenić. A nawet jeśli nadal nie jesteś gotowa, by zostać, chciałbym, żebyś po prostu przyjęła ten pierścionek. Że w takim wypadku na razie nie chcę nic prócz tego, by budzić się po wspólnej nocy i widzieć, że nadal jesteś. Że chciałbym jedynie budzić cię pocałunkiem i robić ci na śniadanie naleśniki. A naleśniki robię bardzo dobre.
Dziennikarka zachichotała.
— Tym jednym zdaniem zepsułeś całą piękną przemowę.
— Może uratuję ją, jeśli dodam, że wcale nie oczekuję, że rzucisz pracę i będziesz non stop siedziała w domu. Chcę, żebyś przestała uciekać ode mnie. I jeśli tylko chcesz, możemy uciekać razem. Jednak bardzo chciałbym, żebyś się zgodziła i została moją żoną.
Tym razem Ginny nie zaśmiała się. Nagle posmutniała i choć chciała z nim być, za bardzo bała się, by się zgodzić. Pojedyncza łza wypłynęła z jej oka i spłynęła po skroni.
— Przykro mi. Naprawdę mi przykro, Blaise. Ale nie mogę za ciebie wyjść, nie teraz.
Chłopak przełknął ślinę, krzywiąc się.
— Okey, liczyłem się z tym. Ale muszę powiedzieć, że to paskudne uczucie — z jego ust wyrwał się nerwowy śmiech. — A jeśli chodzi o ucieczkę? Możesz obiecać, że nie będziesz znikać bez pożegnania?
Jej odpowiedź zagłuszył wrzask. Oboje zerknęli w bok, skąd dobiegł ich dźwięk i ujrzeli staruszkę trzymającą się ze serce.
— Cholera — sapnęła Ginny.
Chłopak ukląkł i uniósł dłonie na znak, że jest niewinny.
— Nienienie — zaśmiał się, mając nadzieję, że wygląda całkiem niewinnie. — To nie to, o czym pani myśli.
Wzrok starszej pani skierował się na jego bokserki. Sekundę później leżała na podłodze.
— O cholera — szepnęła Ginny, wysuwając się spod Zabiniego. Kucnęła przy niej i sprawdziła puls.
— I co? — szepnął chłopak, podchodząc do niej.
Dziennikarka spiorunowała go spojrzeniem.
— Że też akurat teraz musiałeś się podniecić — fuknęła, po czym delikatnie poklepała staruszkę po policzku. — Halo, proszę pani. Słyszy mnie pani?
Blaise uśmiechnął się pod nosem i zerknął w dół.
— Zabiła ją moja... męskość? Cool!
— Pomóż mi ją przenieść. Najlepiej będzie wyczyścić jej pamięć.
— Pójdę po różdżkę...
— Nie ma czasu. Bierz jej nogi, zanim nas ktoś zobaczy.
Nachylili się i podnieśli staruszkę, by zanieść ją do pokoju. Modlili się, by nikt się na nich nie natknął, jednak nim zdołali dojść do pokoju, zza zakrętu wyszła kolejna staruszka.
— Wendy, co tak długo...?
Zabini natychmiast odskoczył w tył i wskazał oskarżycielsko na Ginny.
— To ona ją zabiła!
— Blaise!
Staruszka zaczęła gwałtownie łapać powietrze.
— Po... pomocy — szepnęła, by po chwili zacząć uciekać, wrzeszcząc: — Pomocy! Ratunku! Mordują Wendy!
Domniemani mordercy wymienili spojrzenie i w pośpiechu wnieśli ofiarę do pokoju.
— Świetnie! I co teraz? — panikowała Ginny, chodząc po pokoju. — Już widzę te nagłówki. Szanowana dziennikarka i wschodząca gwiazda Strzał z Appleby gwałcą staruszki. O, albo jeszcze lepiej: Stuknięta korespondentka Proroka Codziennego i napalony ścigający Strzał z Appleby szukają starszej pani do trójkąta... O Boże, jestem skończona!
— Nie panikuj. Może da się to załatwić polubownie...
Wściekłe walenie do drzwi i gniewna przemowa ochroniarza rozwiała jego nadzieje.
— Co robimy?
— Czyścimy pamięć wszystkim? — zaproponowała Ginny, jednak słysząc dźwięk odbezpieczanej broni, chwyciła Zabiniego za rękę i zaciągnęła go do łazienki. — Co ty chcesz zrobić? — spytała, widząc, jak chłopak bierze różdżkę i wraca do pokoju.
— Idę wyczyścić im pamięć.
— Blaise, on ma pistolet! — szepnęła, z powrotem wciągając go do łazienki i zamykając drzwi.
Zabini zmarszczył brwi.
— To źle?
— Bardzo źle — odpowiedziała i pisnęła, gdy usłyszała trzask wyłamywanych drzwi. — Co robimy?
— Wiemy, że tam jesteście! Wyłazić z podniesionymi rękami!
— Uciekamy — zarządził chłopak, chwytając jej dłoń. — Razem.
Ginny spojrzała na niego i skinęła głową. I choć za drzwiami czekała na nich ochrona, byli podejrzani o napaść, zanosiło się na sprawę w Ministerstwie i będą musieli zostawić sporo galeonów u Teodora Notta, uśmiechnęła się.
— Tak, razem.


***

Dawno nie pisałyśmy nic od siebie pod notkami, ale nadszedł czas, by oznajmić Wam, iż tą miniaturką żegnamy się z „Naucz mnie latać” i rozpoczynamy prace nad „Polowaniem na czarownice”. Wszelkie updaty dotyczące stanu pracy nad nowym opowiadaniem będą pojawiać się w „Proroku Niecodziennym”. Jeśli miałybyśmy tutaj rzucić jakąś przybliżoną datę opublikowania prologu, to będzie to końcówka czerwca (najpierw chcemy trochę nadgonić z pisaniem, by móc później regularnie dodawać nowe notki).

Do następnego spotkania, na, nowym już, blogu!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Zakochana Ropucha [Teodor Nott x OC; 16+]

* Przed przeczytaniem polecamy odświeżyć sobie artykuł: „Pożegnanie błyskawicy, czyli powrót legendarnych Strzał!” z rozdziału "Bal Bożonarodzeniowy".

Rufus McPenalc oczyszczony ze wszystkich zarzutów!

Rufus McPenalc (lat 38), przedsiębiorca z hrabstwa Derbyshire został wczoraj uniewinniony ze wszystkich stawianych mu zarzutów, do których grona zaliczano m.in. zakazaną hodowlę eksperymentalną, handel zagrożonymi gatunkami stworzeń oraz kłusownictwo.
Wczorajszy werdykt Wizengamotu okazał się niemałą sensacją, szczególnie dla oskarżycieli, którzy zaledwie przed kilkoma dniami byli pewni zwycięstwa, twierdząc, iż „zebrali wystarczające dowody, świadczące o winie oskarżonego, a podważanie ich jest bezcelowe i z całą pewnością nie uchroni pana McPenalca przed poddaniem się karze”. Mowa tu oczywiście o pokaźnej sumie pięćdziesięciu tysięcy galeonów grzywny i trzyletnim pobycie w Azkabanie.
Podczas procesu okazało się jednak, iż to, co dla oskarżycieli stanowiło niepodważalny dowód, dla adwokata Rufusa McPenalca, młodego mecenasa Teodora Notta, było tylko poszlakami, mającymi za zadanie skazanie niewinnego człowieka w ramach uciszenia afery w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. „Zarzuty stawiane mojemu klientowi są absurdalne i nie mają nic wspólnego z rzetelnością przy pracy nad rzekomymi dowodami winy. Ministerstwo szuka kozła ofiarnego, który mógłby ponieść karę za ich niekompetencję. Cały akt oskarżenia opiera się na zeznaniach jednej osoby, której wiarygodność jest wielce wątpliwa” — powiedział w rozmowie z naszym korespondentem mecenas Nott. Jak się później okazało — słusznie.
W toku dochodzenia na jaw wyszły interesujące fakty, które działały na korzyść obrony pana McPenalca. Kiedy werdykt skazujący wydawał się już być przesądzony, mecenas Nott wezwał na świadka byłą żonę oskarżonego, której zeznania stanowiły główny dowód w sprawie. Przedstawione przez mecenasa niepodważalne dowody zmusiły panią Mary McPenalc do przyznania się do romansu ze wspólnikiem oskarżonego! „Co więcej — jak słusznie zauważył mecenas Nott — pobyt mojego klienta w Azkabanie wydaje się być wyśmienitą okazją do przejęcia firmy przez jego wspólnika, który sprawuje funkcję prezesa, podczas nieobecności pana Rufusa McPenalca. Jedynym dowodem rzeczowym w sprawie było znalezione na posesji mojego klienta pióro jednego z zagrożonych gatunków zwierząt. Nie potwierdzono natomiast związku mojego klienta z owym znaleziskiem. Wobec powyższych faktów i niewiarygodności głównego świadka w sprawie wnoszę o uniewinnienie mojego klienta ze wszystkich zarzutów”.
Sąd przychylił się do wniosku mecenasa Notta, kończąc tym samym trwający od trzech miesięcy proces w sprawie o nielegalny handel magicznymi zwierzętami. I choć wiele z poszlak wydawało się co najmniej niepokojącymi, jak na przykład wyciągi z konta pana McPenalca, młodemu i ambitnemu prawnikowi udało się doprowadzić do uniewinnienia swojego klienta. Cóż, wystarczy nam tylko pogratulować znanemu i cenionemu mecenasowi Powellowi pozyskania dobrze zapowiadającego się prawnika.

Przystojny brunet z uśmiechem satysfakcji odrzucił niedbale gazetę na stolik. Jego pierwsza głośna sprawa już została rozchwytana przez krajowe brukowce. Koniec z mdławymi rozwodami, banalnymi rozprawami i ciągłym nadzorem. Udowodnił, iż sam potrafi sprostać nie lada wyzwaniom i teraz tylko pozostało mu czekać, aż wręczą mu klucze do osobistego biura w kancelarii mecenasa Powella.
Wzrok Teodora Notta przyciągnął krótki rozbłysk żółtego światła wydobywającego się z końca jego różdżki. Wiedząc, co to oznacza, wstał ze skórzanej kanapy i zapiął marynarkę, przygotowując się do spotkania z przyjaciółmi.
Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mu, iż to tego nielicznego grona należeć będzie Hermiona Granger... Cóż, zapewne sam potrzebowałby wynająć adwokata. Co jednak pozostało mu zrobić, skoro jego wieloletni kompan, a zarazem przyczyna większości jego problemów, Draco Malfoy, pojął ją za żonę? Ponadto, obiecał sobie po ukończeniu Hogwartu, iż przynajmniej postara się zacząć żyć od nowa. Miał czystą kartę. Nikt nie rozpamiętywał jego przyszłości. Najważniejsze jednak było dla niego to, iż, zabijając Rasack'a, spłacił dług wobec rodziców. Nie był im nic winny.
Młody mecenas podszedł do lustra, by poprawić szary krawat. Szary krawat, szary garnitur, szare mieszkanie. Blaise wielokrotnie wypominał mu przywiązanie do tego koloru. On nazywał go nudnym, Nott — bezpiecznym. To samo tyczyło się apartamentu. Dla jego właściciela był schludny, czysty i nowoczesny. Dominowały tu proste krawędzie, spokojne kolory i przeszklone meble. Jego przygłupi przyjaciel zaś narzekał, iż za każdym razem, gdy tu wchodzi, czuje się jak w kostnicy. Rzecz gustu.
Brunet wziął różdżkę i już po chwili jego zmysły zaatakował hałas zatłoczonej ulicy i smród samochodowych spalin. Nie znosił tych metalowych pudełek na kółkach, dlatego tym bardziej dziwiło go, iż Draco dołączył do ich posiadaczy. Co prawda, za szóstym podejściem, konfundując przy tym egzaminatora, ale jednak.
Poprawił garnitur i przeszedł na drugą stronę, z niesmakiem spoglądając na szyld knajpy.
— Pozłacana chochla — mruknął pod nosem, w drodze przypatrując się przez szybę wnętrzu. — Co najwyżej wyciosana z drewna.
Wszedł do środka, natychmiast znikając z pola widzenia mugoli. Gorące powietrze natychmiast skręciło, opadające mu na szyję, kosmyki.
— Teodora! Juuuhuuu!
Nie było dla niego zagadką, kto go wołał. Tylko jedna osoba miała zarazem entuzjastyczny i irytujący głos i tylko ona nazywała go „Teodorą” w miejscach publicznych.
— Kto wybierał ten lokal? — spytał, wyciągając dłoń do Zabiniego. Ten jednak zignorował ją i rzucił mu się na szyję. — Blaise, widzieliśmy się dwie godziny temu...
— Ale ja już zdołałem się za tobą stęsknić.
— Słyszałem o procesie — oznajmił Draco, zajmując miejsce Zabiniego. — Gratuluję.
— Hermiono — Teodor skinął głową i usiadł obok Blaise'a, który głęboko nad czymś rozmyślał.
Blondyn sięgnął do miseczki z orzeszkami i rzucił jednym w przyjaciela.
— Przebywasz jeszcze tam w środku?
— Zastanawiam się, czy ja też powinienem się jakoś ubrać. Jest jakaś okazja albo coś?
Nott spojrzał po zebranych. Nie było nic dziwnego w tym, że przyszedł w garniturze, ostatnio ciągle go nosił. Draco ograniczył się do białej koszuli i granatowej marynarki, natomiast Hermiona... Hermiona ubrana była w sukienkę. Co prawda nie jakąś bardzo ozdobną i wyrafinowaną, ale jednak sukienkę. Teraz gdy dokładniej jej się przyjrzał, zauważył, że często spogląda na męża, uśmiechając się przy tym ukradkiem.
— Tak, Blaise — odpowiedziała dziewczyna, ujmując dłoń męża. — Mamy szczególną okazję — zerknęła na blondyna i uśmiechnęła się promiennie, po czym oznajmiła: — Chcieliśmy wam powiedzieć, że spodziewamy się dziecka.
Teodor uniósł brew i zerknął na Dracona. Pomimo uśmiechu na twarzy i pozornie rozluźnionej postawy, młody prawnik podświadomie wyczuwał grę aktorską. Coś było nie tak.
— Jesteście w ciąży? — wypalił uradowany Blaise i momentalnie poderwał się z krzesła, by wyściskać dziewczynę.
— Nie, Zabini, nie jesteśmy. To Hermiona jest w ciąży — wtrącił arystokrata.
— Ale tak się mówi...
— Wcale nie.
Arystokrata, przyjmując gratulacje od rozentuzjazmowanego Zabiniego, zerknął na Notta. Jedno krótkie porozumiewawcze spojrzenie tylko upewniło go w jego przypuszczeniach. Wszystko trwało dosłownie sekundy. Przyszła matka niczego nie dostrzegła.
— Moje gratulacje — powiedział Teodor, przywołując na twarz uśmiech. — Będziecie wspaniałymi rodzicami.
— Dziękuję...
— Wiadomo, co to jest? — wtrącił Zabini, wpadając w słowo pani Malfoy. —  Chłopiec, dziewczynka?
— Jeszcze nie wiemy.
— Kelner!
Młody chłopak podszedł do ich stolika i spojrzał wyczekująco na Blaise'a.
— Czego państwo sobie życzą?
— Szampan i frytki! Mamy co świętować.
— Może jednak coś bardziej wykwintnego niż frytki? Poza tym już ci mówiłem, żebyś ograniczył śmieciowe jedzenie, jeśli chcesz utrzymać miejsce w drużynie — Draco zerknął na kartę dań i zlustrował wzrokiem jej zawartość. — Na pierwsze danie poprosimy zupę krem z dyni.
— Trener mówi, że mam idealną wagę — odpowiedział Blaise, udając urażonego słowami przyjaciela. — Zresztą, to teraz nieważne — dodał, uśmiechając się szeroko. — Ale nam sprawiliście niespodziankę! Jeszcze niedawno babulka Rose skarżyła mi się, że jeszcze nie planujecie powiększać rodziny, bo tylko kariera wam w głowach... tym bardziej teraz, kiedy Hermiona dopiero co skończyła staż i dostała wymarzoną posadę w laboratorium Munga...
Blondyn odchrząknął i spojrzał porozumiewawczo na Notta, niemo prosząc, by jakoś uciszył trajkocącego Zabiniego.
— Zjedz krakersa, Blaise, bo zaczynasz pierdolić — powiedział brunet, podsuwając przyjacielowi półmisek z przekąskami.
— Nie, ma trochę racji — odezwała się Hermiona. — Szczerze mówiąc, nie myśleliśmy jeszcze o powiększeniu rodziny... może za jakieś kilka lat. — Spuściła na chwilę wzrok i z czułością przyłożyła dłoń do brzucha. — Ale teraz, kiedy o tym myślę, to wydaje mi się, że to jest odpowiednia chwila — dodała, spoglądając na męża.
— Jakie to słodkie — rozczulił się Zabini. — A babcia już wie? Jak zareagowała?
— Powiedziała, że bardzo się cieszy, że w końcu wziąłem sprawy w swoje... mhhh... ręce — dokończył nieskładnie arystokrata, obejmując ramieniem Hermionę.
— Nie, wcale nie — zaprzeczyła dziewczyna. — Mówiła o sile twoich lędźwi — dodała, walcząc ze śmiechem na widok miny arystokraty.
— Tak, wspominała też coś o moich lędźwiach — przyznał speszony. — Kochana staruszka — dodał pod nosem.
— Daj spokój, przecież wiem, że ją lubisz.
— Tak, a najbardziej, kiedy siedzi u siebie w domu. Uwierzycie, że ostatnio przyjechała bez zapowiedzi i siedziała prawie tydzień? — Draco kontynuował temat babci Rose. Dopiero gdy Hermiona wyszła do toalety, pozwolił sobie na pozbycie się przyklejonego do twarzy uśmiechu.
— A więc dziecko...
Arystokrata spojrzał na Teodora, który wnikliwie mu się przypatrywał.
— Tak. Dziecko.
— Zaczęliście przygotowania? — zapytał Blaise, grzebiąc w miseczce z przekąskami. — No wiecie, mebelki, zapas pampersów, wybór ojca chrzestnego...
W tej chwili do ich stolika podeszła drobna kelnerka, która z trudem utrzymywała w jednej ręce tacę z talerzami. W drugiej zaś dzierżyła jej mniejszą wersję z butelką szampana i kieliszkami. W momencie, gdy Zabini delikatnie starał się zasugerować wybór jego samego na ojca chrzestnego, dziewczyna potknęła się o skraj dywanu. Wzrok wszystkich w lokalu wcale nie przyciągnął brzdęk tłuczonego szkła. Zrobił to wrzask Notta, gdy gorąca zupa wylądowała na jego, nieskazitelnym dotąd, garniturze.
Przerażona kelnerka zasłoniła dłońmi usta i wytrzeszczonymi oczami wpatrywała się w stojącego nad nią młodego prawnika.
— Najmocniej pana przepraszam... — wymamrotała, niezgrabnie wstając z podłogi.
Porywając ze stołu garść serwetek, Teodor przeniósł na nią mordercze spojrzenie i choć ćwiczona przez lata cierpliwość do niezbyt mądrych osobników zatrzymywała gniewny potok słów, nie zdołał zapanować nad srogim tonem.
— Nic. Się. Nie stało — warknął, omiatając ją morderczym spojrzeniem. Twarz w kształcie serca z resztkami makijażu, zakończona ostrym podbródkiem. Tłuste włosy byle jak upięte na czubku głowy. Pończochy, delikatnie różniące się odcieniami. Dziewczyna wyglądała tak, jakby miała za sobą całą noc imprezowania. — Następnym razem nie pij tyle przed pracą i wychodź wcześniej od swojego chłoptasia — dodał, wycierając koszulę.
Kelnerka wyglądała, jakby chciała coś odwarknąć, jednak potulnie spuściła głowę, posprzątała bałagan i po raz ostatni mamrocząc przeprosiny, wróciła na kuchnię razem za podążającym za nią przełożonym.
— Biedaczka — zacmokał Blaise, znacząco patrząc na Teodora.
Brunet odrzucił brudne serwetki i wyciągnął różdżkę, by usunąć plamę.
— Mam za nią pójść i jeszcze ją przeprosić?
— Dziewczyna może wylecieć.
— Tak to już jest, kiedy ma się kleik zamiast mózgu — wtrącił Draco, zerkając na zegarek. — Rodzi w tej toalecie, czy co?
Zabini wzruszył ramionami.
— Może ma kobiece dni?
Arystokrata posłał mu poirytowane spojrzenie.
— W ciąży?
Nim dyskusja na temat kobiecych dni Hermiony rozwinęła się na dobre, malutka sowa przeleciała nad ich stolikiem, upuszczając list prosto na kolana młodego prawnika. Teodor spojrzał na pochyłe, niezbyt schludne pismo i natychmiast otworzył kopertę.
— Muszę już iść — oznajmił, wstając ze swojego miejsca.
— Przecież dopiero przyszedłeś — zaprotestował Blaise, z zawiścią patrząc na list przyjaciela.
— Potencjalny klient przesunął spotkanie. Za pięć minut mam być w Błękitnej Tiarze.
Draco uniósł brew, słysząc nazwę ekskluzywnego lokalu.
— To musi być ktoś ważny — zauważył, odbierając Zabiniemu miskę z przekąskami.
— Bo jest. To Joeseph Audley.
— Właściciel ThunderFlash?! — spytali zgodnie jego przyjaciele.
— Życzcie mi szczęścia — rzucił na odchodne i już po chwili znajdował się w zupełnie innym miejscu.
Owo miejsce było ogromnym placem, którego środek zajmowała bogato zdobiona fontanna. Kwadratowa przestrzeń wypełniona była ławkami i przechadzającymi się parami, ubranymi w najwspanialsze szaty. Nic dziwnego, w końcu była to dzielnica zamieszkana wyłącznie przez czarodziejów z wyrafinowanym gustem, pełną skrytką w banku Gringotta i gronem znakomitych przyjaciół. Krótko mówiąc, była to dzielnica snobów.
Z placu można było wyjść na trzy uliczki. Jedna z bram prowadziła do uliczki handlowej, druga do niewielkich kamienic, trzecia zaś stanowiła cel młodego prawnika. Bez wahania skierował się do bramy na prawo od niego. Po chwili dotarły do niego ciche nuty muzyki klasycznej.
Opanowując dreszcz, wszedł do Błękitnej Tiary, niemal natychmiast odnajdując wzrokiem klienta. Nie było to nic trudnego, jegomość był niski i gruby, a jego tusza i różowa twarz upodabniała go do prosiaka w blond peruce. Niemniej jednak była to postać szanowana w świecie czarodziei, która mogła przynieść mu pożądany rozgłos i spory zarobek.
— Dzień dobry, panie Audley. To zaszczyt móc pana poznać osobiście.
— Och, dziękuję — zachichotał prosiak, podając mu dłoń.
Nawet dupy nie ruszył. Prostak.”
— Słucham pana. W czym mogę pomóc?
Pan Audley zamrugał. Był tak zaskoczony, że zatrzymał kieliszek z winem w połowie drogi do ust.
— Tak od razu przechodzi pan do interesów?
Teodor wzruszył ramionami.
— Odniosłem wrażenie, iż chce pan załatwić sprawę jak najszybciej, bez zbędnej gadaniny. Wspominał pan, że później jest pan umówiony na następne spotkanie.
Prosiak upił łyk wina, nie spuszczając z niego wzroku. Czarne oczka błysnęły wesoło.
— I to właśnie lubię — oznajmił, odstawiając kieliszek. — Szybko i bezpośrednio przechodzi pan do rzeczy — dodał, kiwając głową z uznaniem. — Niech tak zatem będzie. Ma pan na coś chęć? — dodał, wskazując głową na kartę dań.
— Dziękuję, przed chwilą jadłem.
No, powiedzmy...”
Audley rozsiadł się na krześle i oparł splecione dłonie na wydatnym brzuchu.
— Jak się pan domyśla, rzecz nie dotyczy moich osobistych spraw, a firmy i dobra wszystkich jej pracowników.
Jasne. A ja na czole mam napisane naiwny idiota.”
Mężczyzna przyjrzał się uważnie chłopakowi, mrużąc maleńkie oczka, jakby oceniał, czy adwokat jest godny zaufania. Najwyraźniej nienaganna postawa bruneta i rzeczowy ton jego wypowiedzi wzbudziły zaufanie pana Audleya, bo po chwili znów podjął rozmowę.
— Sprawa jest z rzędu tych delikatnych, o ile nie najdelikatniejszych — oznajmił, nachylając się w stronę chłopaka. — Zgłosiłem się do pana po pomoc, gdyż słyszałem na temat pańskiej pracy same pozytywne recenzje. Nienaganne wręcz. Poza tym jestem znany z tego, że wspieram młodych na ich ścieżkach kariery — dodał zdawkowym tonem, uśmiechając się przymilnie.
A to, że chcesz uniknąć rozgłosu, jaki zapewne miałby miejsce po wynajęciu najlepszego adwokata, jest oczywiście przykrym zbiegiem okoliczności”.
— Jest mi niezmiernie miło słyszeć te słowa — odpowiedział Nott, coraz bardziej zaciekawiony sprawą, z jaką przyszedł do niego przedsiębiorca. Przeczuwał, iż chęć cichego procesu może być podyktowana nieczystym sumieniem. „Tylko co takiego może mieć za uszami to prosię, że chce ukręcić łeb całej sprawie?”
Małe oczka pana Audleya rozszerzyły się na widok tacy niesionej przez kelnera. Wyprostował się na krześle i, wodząc wzrokiem za swoim talerzem, zacierał ręce na samą myśl o swoim jedzeniu. Nott z trudem utrzymał uprzejmy wyraz twarzy.
Oczy mnie mylą, czy on właśnie obślinił się na widok tej góry żarcia?”
— Widzi pan, panie Nott, trzeba działać szybko i delikatnie, gdyż nie można pozwolić, by ucierpiał na tym wizerunek... — w tym miejscu zrobił niespodziewaną przerwę, by wepchnąć do ust pieczone ziemniaczki, po czym zamlaskał i kontynuował: — ... wizerunek firmy. Zapewne pan wie, że skandale nie pomagają ani w interesach, ani w relacjach z potencjalnymi inwestorami.
— Pieniądze lubią ciszę i spokój — wtrącił Nott.
— Otóż to! — zgodził się Prosiak, w dalszym ciągu zajmując się golonką na swoim talerzu. — Ale przejdźmy do sedna...
Obyśmy zdążyli, zanim przejdziesz do deseru”.
— Jak pan doskonale wie, firmę założyłem wspólnie ze swoim ówczesnym przyjacielem, Randolphem Spudmore. Przez długie lata pracowaliśmy razem, uświetniając swoimi wyrobami rynek miotlarski, aż zaszliśmy na sam szczyt — zaczął swoją powieść, uśmiechając się do swoich wspomnień. — Nie tak dawno temu, z przyczyn osobistych, o których nie warto nawet wspominać, musieliśmy zakończyć naszą współpracę. Randolph opuścił firmę, jednak nadal pozostaje ważnym udziałowcem. I tu sprawy zaczynają się komplikować — dodał poważnym tonem. — Widzi pan, panie Mott...
— Nott — poprawił go chłopak, czując, jak jego awersja do nowego klienta osiąga apogeum.
— Nieważne... Chodzi o to, że tu właśnie zaczynają się schody, czy też, kolokwialnie mówiąc, tu jest pies pogrzebany.
Pierwsze wyrażenie również było potoczne, gburze”.
— We współpracy z moim synem, który jest zarazem zięciem pana Spudmore, opracowaliśmy nową strategię sprzedaży swoich produktów. Chcemy wejść na zagraniczne rynki, a to, jak pan doskonale wie, wymaga kapitału. Oczywiście to nie stanowi problemu — zapewnił szybko.
Śmiem w to wątpić”.
— Zgodnie z naszymi wyliczeniami, nowe inwestycje są w wystarczającej mierze pokryte kapitałem własnym spółki, dzięki poczynionym przez nas krokom, mającym na celu wygenerowanie oszczędności w fazie produkcji wyrobów. Niestety, pan Randolph Spudmore nie pochwala naszych pomysłów i robi wszystko, co może, byle tylko opóźnić prace w firmie, a mnie uprzykrzyć życie — oznajmił, po czym zdrowo pociągnął z kieliszka, opróżniając przy tym połowę jego zawartości.
— Na czym w takim razie miałaby polegać moja praca?
— Chcę pozbawić Randolpha Spudmore praw korporacyjnych, wynikających z posiadanych przez siebie udziałów. Nie zarządza już firmą, nie zna nowej specyfiki działalności, dlatego też nie widzę powodu, by miał prawo głosu na radzie nadzorczej. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że może mieć interes w działaniu na niekorzyść spółki. Nie chcę go widzieć w firmie — powiedział dobitnie. — Może sobie zachować prawo do dywidendy i wgląd w okresowe raporty o kondycji przedsiębiorstwa, ale nie pozwolę na to, by panoszył się po mojej firmie i żądał bilansu, kiedy tylko mu się podoba! Dezorganizuje pracę zarówno mi, jak i moim podwładnym.
A mnie się wydaję, że po prostu, razem z synalkiem, nie chcecie, by ktokolwiek patrzył wam na ręce”.
— Całkowicie się z panem zgadzam — oznajmił Nott, czym wywołał uśmiech na twarzy pana Audleya. — Jak wielkimi udziałami dysponuje pan Spudmore?
— Ma trzydzieści procent. Resztę oddał swojej córce, Serenie.
— Tak czy inaczej, nadal pozostaje istotnym graczem i nie będzie łatwo pozbawić go prawa do decydowania o losach firmy.
— Nie da pan rady? — zapytał oburzony Prosiak, którego twarz przybrała buraczany odcień.
— Tego nie powiedziałem — odpowiedział Nott. — Jak pan wspomniał, sprawa jest delikatna i należy się do niej dobrze przygotować. Przede wszystkim musimy przedstawić niepodważalne dowody na to, iż pan Spudmore rzeczywiście chce zaszkodzić spółce. Są takie?
— Nawet jeśli ich nie ma, to się znajdą — oznajmił cicho pan Audley. — Wie pan, o czym mówię, panie Mott?
— Oczywiście — odpowiedział, czując, że dzięki tej sprawie może zyskać naprawdę wiele. „A jeszcze więcej stracić” — dodał cichy głosik. — Będę potrzebował dokładnych informacji o panu Spudmore, a w szczególności tych, dotyczących jego współpracy z konkurencyjna firmą Silverspeed. Na tym właśnie powinniśmy się skupić w akcie oskarżenia.
— Doskonale. Wszelkie potrzebne informacje przekażę panu wkrótce. Zapraszam pana do siebie na niedzielny obiad. Będziemy mieli okazję na spokojnie porozmawiać i omówić kwestie, które wymagają największej uwagi i dyskrecji — oznajmił, po czym uśmiechnął się promiennie na widok swojego deseru. — Może już pan iść, panie Mott — machnął ręką na pożegnanie, zupełnie jakby odganiał natrętnego owada.
Teodor Nott skłonił się sztywno i, nie czekając na jakikolwiek gest ze strony swojego potencjalnego klienta, odwrócił się na pięcie i opuścił lokal. Zanim skręcił w wąską uliczkę, prowadzącą do miejsca, z którego mógłby się teleportować, zerknął przez jedno z okien na pana Audleya, zastanawiając się, czy gra warta jest przysłowiowej świeczki.
W swojej krótkiej, acz nadzwyczaj intensywnej, karierze prawnika miał do czynienia z różnymi ludźmi. Przyzwyczaił się do ich głupoty, wygórowanych wymagań i naiwności, w której sądzili, iż jest on w stanie rozwiązać każdy ich problem. Oczywiście za niewielką sumę, jaką mógł zainkasować jako początkujący adwokat. Ta sprawa była jednak inna. I nie chodziło wcale o to, że cuchnie niczym cała paczka łajobomb, które sprzedają teraz w tym sklepie Weasleyów. Nigdy nie miał dylematów moralnych, jeżeli chodziło o etyczność tego, co robi. Wykonywał tylko swoją pracę, przedstawiał dowody bądź podważał inne, ukazując subiektywną wersję wydarzeń, czasami naginając fakty. Wszystko w granicach prawa. W gruncie rzeczy przecież to nie on wydawał wyroki. Jego niechęć do zlecenia, jakie miałby przyjąć od pana Audleya, nie wynikała z etyki, lecz miała charakter bardziej osobisty. Teodor nie znosił dwulicowych osób, a taki właśnie był właściciel firmy ThunderFlash. Co do tego nie miał wątpliwości.
Pogrążony we własnych myślach nawet nie wiedział, kiedy znalazł się w swoim mieszkaniu. Odłożył klucze na szafce przed lustrem i wszedł w głąb mieszkania. Do swojej oazy spokoju. Nudnej, szarej... idealnej. Zdjął marynarkę, poluzował krawat i odpiął dwa górne guziki koszuli, po czym usiadł na sofie, zarzucając ramiona na jej oparcie. Powoli zamknął oczy i uśmiechnął się, napawając się niczym niezmąconą ciszą. Słysząc nieprzyjemny dźwięk towarzyszący teleportacji, westchnął, poirytowany brakiem taktu swoich sąsiadów.
Czy to naprawdę takie trudne, by teleportować się w miejscu odległym od budynków mieszkalnych? Ale nie! Za każdym jebanym razem muszą taszczyć swoje tłuste tyłki pod same drzwi” — pomyślał i byłby już gotów wstać i zdrowo opieprzyć winowajcę, jednak ten bezceremonialnie wpadł do mieszkania, kierując się prosto do barku.
— Kurwa, w co ja się wpakowałem?! Cholera jasna, przecież to wszystko nie tak! Merlinie, za co mnie tak karzesz? Kurwa mać!
— Stało się coś? — spytał Teodor, patrząc, jak Draco Malfoy wypija zawartość szklanki jednym haustem.
— Nie, skądże — odpowiedział ironicznym tonem, który wyraźnie świadczył o tym, iż coś trapi młodego arystokratę.
Brunet w żaden sposób tego nie skomentował, czekając, aż przyjaciel sam to z siebie wyrzuci. Co prawda, podejrzewał, co może być przyczyną tej niespodziewanej wizyty, jednak wiedział, że lepiej będzie, jeśli to Draco zacznie temat.
— Dziecko, rozumiesz? Dziecko. Jasna cholera, dziecko — mamrotał, nalewając sobie kolejną kolejkę, po czym zaczął nerwowo chodzić po pokoju.
— Mam rozumieć, iż nie jesteś zadowolony z takiego obrotu spraw?
— Zadowolony?! Człowieku, ja mam dwadzieścia trzy lata, całe życie przed sobą, a teraz okazuje się, że wszystko szlag jasny trafi, rozumiesz? Wszystko się zmieni. WSZYSTKO — odpowiedział spanikowany arystokrata, siadając na fotelu. — Lubię moje życie, takie, jakie jest, jasne? Lubię to, że rano budzę się przy Granger, idziemy do pracy, a kiedy z niej wracamy, jesteśmy sami. Tylko ja i ona.
— Ale to się niedługo zmieni — wtrącił brunet, przywołując zaklęciem butelkę i szklankę dla siebie.
— Właśnie — przytaknął Draco, nerwowo obracając szklankę w dłoni. — Wszystko się zmieni... — powtarzał jak mantrę.
— Z tego, co zauważyłem, Hermiona sprawia wrażenie bardzo zadowolonej — napomknął Nott. — A ty? Nie cieszysz się, że zostaniesz ojcem?
Na dźwięk tego słowa arystokrata zacisnął szczękę, jednak chwilę później zapewnił:
— Cieszę się, oczywiście, że się cieszę. Chodzi po prostu o to, że... — młodzieniec zamilkł na chwilę, szukając odpowiednich słów, które wyrażą to, co go tak naprawdę martwi — ... mam poukładane życie, z kobietą, którą kocham, a teraz...
— Tak, wiem, teraz wszystko się zmieni — dokończył Nott. Upił łyk ze szklanki i powiedział: — A to nie jest przypadkiem tak, że po prostu boisz się dorosnąć? Nie zrozum mnie źle — dodał szybko, widząc zmianę w wyrazie twarzy przyjaciela — pracujesz, jesteś samodzielny, masz żonę... Ale rodzina to zupełnie inna bajka...
— Ja już mam rodzinę. Dwuosobową.
— Tak, ale życie z dorosłą osobą to zupełnie co innego niż opieka i odpowiedzialność za dziecko, dla którego jesteś wszystkim. Któremu musisz zapewnić dach nad głową, poczucie bezpieczeństwa... któremu musisz poświęcić swój czas, którego musisz wychować. Wydaje mi się, że właśnie na tym polega dorosłość, Draco. Na tym, że świadomie bierzesz odpowiedzialność za nowe życie — dokończył, widząc, że jego przyjaciel nieco się uspokoił.
Arystokrata odstawił szklankę i spuścił głowę. Po chwili powiedział:
— To nie jest tak, że ja nie chcę tego dziecka. Albo, że jestem zły, bo będę musiał przemeblować mieszkanie i pogodzić się z tym, że będziemy mieć z Hermioną znacznie mniej czasu dla siebie. Ja po prostu... — odchrząknął i wziął głęboki oddech, po czym wyrzucił z siebie: — Dobrze wiesz, że nie miałem w domu wzoru do naśladowania. Boję się, że nie będę dla niego dobrym ojcem, rozumiesz? Przecież mnie znasz, wiesz, że bywam samolubny i wcale się z tym nie kryję. Ale co, jeśli nie będę potrafił przedłożyć własnych wygód nad dobro dziecka? Co, jeśli zawiodę Hermionę?
Teodor uśmiechnął się i ze spokojem powiedział:
— Na jej miejscu miałbym poważne powody do zmartwień, gdybyś się nie bał. To, że już martwisz się o małego, chyba odpowiada na twoje pytania. Pamiętasz, jak na początku bałeś się, że zranisz Granger?
Blondyn niemrawo skinął głową.
— Aż za dobrze.
— Ale tego nie zrobiłeś. A skoro przy niej się kontrolujesz, tak samo będzie z dzieckiem. Nie powiem ci, że będzie łatwo, bo nie będzie, zwłaszcza na początku, ale wiem, że sobie poradzicie. A kiedy będziesz go uczył grać w Quidditcha w tym swoim wielkim ogródku i zobaczysz, jak wzbija się po raz pierwszy w powietrze, poczujesz, że było warto. I że wykonałeś kawał kurewsko dobrej roboty.
Draco przez chwilę uśmiechał się do wizji małego szkraba na miotle, który śmiga po ogrodzie, roztrzaskując po drodze wazony z kwiatami.
— Dzięki, Nott — powiedział w końcu, wymieniając uścisk z przyjacielem.
— Nie ma spra...
— Zostaniesz ojcem chrzestnym?

***

Amber westchnęła, zanurzając się w przyjemnie ciepłej wodzie, która natychmiast rozpoczęła masaż obolałych mięśni. Zamknęła oczy, a na jej usta wpłynął delikatny uśmiech. Choć w głowie nadal kotłowały jej się wrzaski kierownika i multum informacji z ostatniego egzaminu, stopniowo oddawała się delikatnej fali spokoju.
— Kogo ja oszukuję — mruknęła dziewczyna, otwierając oczy. Oparła stopy z pomalowanymi na czerwono paznokciami na ściance przymałej wanny i skrzywiła się. Lakier już dawno zaczął odpryskiwać, pozostawiając niechlujne czerwone plamki. — Zabawa dopiero się zacznie. Ale to nic złego, prawda? Nie ma innego wyjścia. A ja mam w końcu dobre intencje — powiedziała z wyrzutem do swoich stóp, jakby chciała przekonać je do swoich racji. Potarła jedną o drugą i wyprostowała nogę ruchem godnym dawnej artystki kabaretowej. Przekrzywiła głowę, dokładnie jej się przyglądając. — Nie ma bata, dziewczynki. Idziecie pod nóż.
Dziewczyna nabrała olejku do kąpieli, odstawiła butelkę i wcierając go w ciało, mruczała pod nosem.
— Jakby to była moja wina, że zgubiłam różdżkę... Akurat tuż przed prawdopodobnym rozpoczęciem stażu! Nie pójdę do niego po pieniądze, to byłoby upokarzające... — blondynka zamarła na chwilę, przygryzając wargę w zamyśleniu — Ale czy mam inne wyjście?
Amber wytarła się i już po chwili siedziała na krawędzi wanny, z wyraźną niechęcią sięgając po mugolską żyletkę. Mamrocząc coś o barbarzyństwie, wydepilowała nogi i, owinięta ręcznikiem, stanęła przed lustrem. Przetarła zaparowaną powierzchnię dłonią i uśmiechnęła się. Nadszedł czas na coś, czego od dawna nie robiła.
Z łazienki wyszła zupełnie inna osoba. Niewysoka, drobna dziewczyna miała na sobie wyjątkowo wysokie szpilki, małą czarną z koronkowymi wstawkami i odsłoniętymi ramionami oraz niewielką torebeczkę przewieszoną przez ramię na złotym łańcuszku. Zielone oczy błyszczały wśród czerni rzęs i cieni, a jasnoróżowe wcześniej usta pokrywała szkarłatna czerwień. Tak przygotowana, wyszła z zagraconej kawalerki i skierowała się ku taksówce.
Mademoiselle.
Kierowca skinął głową i zawiózł ją prosto pod budynek mugolskiego teatru. Amber nie weszła jednak do środka. Skręciwszy w boczną uliczkę, zniknęła w drzwiach niedostrzeganego przez większość butiku.
— Witaj, Chantal.
Starsza Francuzka zerknęła na nią i uśmiechnęła się.
Te są idealne — powiedziała do klientki i z otwartymi ramionami podeszła do dziewczyny. — Witaj, ma belle Amber. Jak dobrze cię widzieć — powiedziała, całując ją w policzek. Kobieta cofnęła się i zlustrowała ją wzrokiem. — Domyślam się, że nie przyszłaś odwiedzić starej przyjaciółki.
Amber zarumieniła się lekko.
— Przykro mi, Chantal, nie tym razem. Mam ważną sprawę w dzielnicy snobów.
Siwowłosa zaśmiała się dobrodusznie.
Mon cher, zapomniałaś, że ja również tam mieszkam?
Wiesz, o kogo mi chodzi.
Chantal zmarszczyła brwi i pokiwała głową.
Nadal się z nim nie pogodziłaś — stwierdziła, kierując się na zaplecze.
Nie pochwalam tego, co robi. Traci galeony na podejrzanych inwestycjach, prowadzi rozrzutne życie... A ostatnio...
Starsza kobieta zamknęła za nimi drzwi i spojrzała na nią badawczo.
Mi możesz zaufać, mon cher.
Amber skinęła głową.
Zaczyna mącić w firmie.
Twój papa nigdy nie grzeszył rozumem, ale to poważne zarzuty — zauważyła Francuzka, wyciągając różdżkę.
Tak samo jak nigdy nie podejrzewałyśmy, że sprzeda pamiątki po żonie. Wystarczająco długo uprzykrzał życie innym. Tym razem mu na to nie pozwolę.
Chantal przyłożyła różdżkę do obrazu. Po trzecim stuknięciu w złotej ramie pojawiła się klamka.
Kochana, nie wątpię w twoje dobre intencje, jedynie w twój osąd — powiedziała po chwili, poprawiając staranne upięcie włosów. — Zanim cokolwiek zrobisz, przemyśl to dobrze.
Już to zrobiłam — odpowiedziała Amber, naciskając klamkę. — Wpadnę do ciebie w przyszłym tygodniu.
Kobieta zaśmiała się pod nosem.
Za łatwo wzbudzić w tobie poczucie winy, ma belle. Wpadnij, kiedy będziesz miała czas.
Amber odwzajemniła uśmiech i przeszła przez ukryte za obrazem przejście. Biorąc głęboki wdech, wyszła na uliczkę handlową. Natychmiast dotarło do niej echo muzyki klasycznej. Ledwo powstrzymała dreszcz.
Klimat tej dzielnicy był jedną z przyczyn, dzięki którym w jej głowie zrodziła się myśl o przeprowadzce. Od zawsze miała wrażenie, że tu nie pasuje, czuła się obca, gorsza od innych. Różniła się od matki: zawsze gustownie ubranej, mającej wyrafinowany gust i maniery. Jednak, w przeciwieństwie do reszty mieszkańców, jej matka miała serce i nie ukrywała swoich emocji pod maską udawanej wyższości i ohydnego stoicyzmu.
Każdego dnia, odkąd dowiedziała się o interesach ojca, dręczyła ją wiedza, że żyje z jego brudnych pieniędzy, jednak bała się go opuścić i zaznać życia zupełnie innego niż te, do którego przywykła. Jednak wpadła w szał, kiedy zobaczyła na własne oczy, jak z jej rodzinnego domu, w tekturowych pudłach wynoszone są jej świętości. Suknie matki, jej biżuteria, wszystko, co po niej zostało, zostało wymienione na skrzynie galeonów. Widząc to, zabrała najpotrzebniejsze rzeczy, opróżniła swoją skrytkę i wynajęła marną kawalerkę. Zdołała uratować tylko jedną rzecz: naszyjnik skrywający podobiznę matki.
Początki były trudne. Po znalezieniu nowego, tymczasowego domu, zostało jej niewiele pieniędzy. Musiała znaleźć pracę i pogodzić ją z nauką i choć w pierwszych dniach płakała i przeklinała swoją dumę i upór, dała radę. A skoro poradziła sobie z tym, jest w stanie powstrzymać ojca przed zniszczeniem rodzinnej firmy.
Panno Amber.
Jeśli stary kamerdyner był zaskoczony jej widokiem, nie dał tego po sobie poznać. Wysoki mężczyzna o pociągłej, surowej twarzy nawet się nie uśmiechnął na jej widok. Skłonił grzecznie głowę i wpuścił ją do środka.
Witaj Haroldzie. Ojciec w salonie?
Czeka na panią wraz z pani bratem i jego żoną.
Wspaniale — mruknęła, słysząc wzmiankę o szwagierce. — Przy okazji, niezły kapelusik.
Kamerdyner zmrużył oczy i niezbyt delikatnie zamknął drzwi.
To oficjalne zakończenie stroju głównego kamerdynera.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Jak zwał, tak zwał. Ale mi się podoba.
Nie wątpię — rzucił mężczyzna, znikając w bocznym korytarzu.
Amber wzięła głęboki wdech i nerwowo klasnęła w dłonie. Nadszedł czas na rodzinne spotkanie. Uniosła dumnie głowę, wypięła pierś i weszła do salonu.
Gdy tylko ją zauważyli, wesoła rozmowa, jaką prowadzili, zastała zasępiona nienaturalną ciszą. Pomimo tego, że nie oczekiwała innej reakcji i tak ją to zabolało.
Jako pierwszy odezwał się jej ojciec. Przykleił na usta fałszywie radosny uśmiech i podszedł do niej z otwartymi ramionami.
Amber...
Dziewczyna odsunęła się z odrazą.
Daruj sobie.
Joeseph zacisnął szczękę i odsunął się od córki.
Moja droga, skoro czujesz do mnie wyraźną niechęć, nie bardzo rozumiem, dlaczego zdecydowałaś się przyjąć moje zaproszenie.
Po pierwsze, nie jestem tu na twoje zaproszenie — zaczęła Amber, zadzierając głowę. — To nadal mój dom i mam prawo przychodzić tu, kiedy mi się spodoba. Po drugie, sprawa dotyczy firmy, a ja mam część udziałów.
Pan Audley przez chwilę jej się przyglądał. Dziewczyna nie odwróciła wzroku, wstrzymując oddech. W końcu jej ojciec skinął głową, nie dostrzegając niczego podejrzanego.
Bez względu na wszystko, cieszymy się, że do nas dołączyłaś, Amber.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Weszła w głąb salonu i usiadła przy stole. Jej brat i jego łasa na pieniądze żona nawet na nią nie spojrzeli.
Cudownie wrócić do rodziny” — pomyślała Amber, zerkając na wahadłowy zegar. W tę... i z powrotem. W tę... i z powrotem. „A adwokaciny jak nie było, tak nie ma...”
Dziewczyna spuściła wzrok na dłonie i zaczęła skubać paznokcie, jednak, słysząc donośne chrząknięcie szwagierki, wyprostowała się i położyła dłonie na stole.
Do tej pory nie jest tak źle” — dodawała sobie otuchy. I rzeczywiście tak było. Nikt jej nie wyrzucił, nie zwyzywał i, co najważniejsze, nikt nie przejrzał jej zamiarów.
Nieprawdą było to, iż przyszła tu wyłącznie dla dobra swoich akcji w firmie. Miała inny, o wiele istotniejszy cel. Wiedziała, że jej rodzina coś planuje. Zdawała sobie również sprawę, kogo zatrudni jej ojciec. Chcąc uniknąć niepotrzebnego rozgłosu i wydania fortuny na najlepszego prawnika, Joeseph planował wykorzystać kogoś młodego, acz mającego pewne doświadczenie. Jej zadaniem było przeciągnąć wybranego przez niego adwokata na swoją stronę. Miała nadzieję, że będzie to naiwny karierowicz, który szybko ulegnie zarówno obietnicy dodatkowego wynagrodzenia, jak i jej „nieodpartemu urokowi”.
— Dlaczego nie ma z nami Randolpha, Chris? — spytała w końcu, korzystając z tego, iż ojciec wyszedł na korytarz. Z pewnością wyglądał teraz przez okno, wyczekując prawnika.
Jej brat drgnął, jakby zapomniał o jej obecności. Zerknął nieporadnie na żonę, na co ta przeniosła na swoją szwagierkę lodowate spojrzenie.
— Sprawa nie wymaga jego udziału. Wkrótce się wszystkiego dowiesz — rzuciła wyniośle i surowo spojrzała na męża.
Rudowłosa Serena była tak samo piękna, jak jadowita. Wystarczyło jedno spojrzenie zielonych oczu, by człowiek zaczął się wiercić z niepokoju. Amber współczuła przygłupiemu bratu. Serena wyszła za niego tylko dla pieniędzy, których teraz zaczynało brakować.
— Ależ proszę, jest pan w samą porę. Proszę tędy, do salonu.
Amber natychmiast założyła nogę na nogę i wsparła podbródek o dłoń, mając nadzieję, że od razu rzuci się w oczy prawnikowi. Po chwili namysłu dyskretnie podwinęła sukienkę, odsłaniając nieco więcej uda odzianego w czarną pończochę.
A co mi tam. Niech się biedaczek przynajmniej napatrzy, bo z pewnością nie dotknie” — zdążyła pomyśleć, nim do środka wszedł przystojny, wysoki brunet w idealnie skrojonym, szarym garniturze. Młody mężczyzna skinął z delikatnym uśmiechem głową w odpowiedzi na słowa pana Audleya i dopiero kiedy przeniósł na nią te piwne spojrzenie, zorientowała się, kto przed nią stoi.
Ożeż ty, buraku pieprzony.”
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na nią. Dopiero po chwili dotarło do niej, że powiedziała to na głos.
Amber odchrząknęła nerwowo, kuląc się w sobie.
— Ja... — „Wyobraźnio! No dalej, pomóż!” — Zostawiłam buraki na gazie. Przyprawione. Muszę... no. — „Dzięki. Właśnie na to liczyłam” — Poślę Harolda i już wracam.
Dziewczyna zerwała się z krzesła i niemal wybiegła z salonu.
— Choleracholeracholera — mamrotała pod nosem, kryjąc się w jednej z łazienek. Zablokowała je i wsparła dłonie na umywalce. — Dlaczego ze wszystkich prawników na świecie, to on się tu przypałętał? — spytała ze złością swoje odbicie.
To był on. Była tego pewna. Wymuskany dupek z restauracji. Ten, który delikatnie zasugerował, że jest łatwą alkoholiczką.
— To tyle, jeśli chodzi o uwodzenie — powiedziała do lustra. — Nic z tego. E-e. Nie patrz tak na mnie. Nawet się do niego nie zbliżę.
Dziewczyna skrzywiła się, czując wyrzuty sumienia. Nie mogła porzucić firmy i Randolpha tylko przez swoje... uprzedzenia.
— Nawet się nie skrzywił. Możliwe, że mnie nie poznał — rzuciła w końcu pocieszającym tonem, przemywając lepkie od potu ręce. — Nic dziwnego, skoro widział mnie w takim stanie. W wersji deluxe jestem jak zupełnie inna osoba. Mhm. Na pewno tak jest — dodała nieco mniej pewnym tonem.
Z nową nadzieją, wyszła z łazienki i wróciła do salonu. Stukanie obcasów ściągnęło na nią spojrzenia zebranych. Brunet odwrócił się w jej stronę i posłał jej drwiący półuśmiech.
I tyle, jeśli chodzi o nadzieję”.
— Przepraszam za zamieszanie. Możemy zaczynać — rzuciła, zajmując miejsce przy stole.
— Oczywiście, oczywiście — rzucił, jakby w roztargnieniu, pan Audley. — Proszę tutaj, panie Mott.
— Nott — poprawił go odruchowo młody prawnik, zajmując miejsce między nim, a Amber.
— Haroldzie, możesz już podawać!
Mężczyzna, jakby czekał tylko na te słowa, wszedł do salonu z tacą srebrnych półmisków.
— Mmm, pięknie pachnie — zachwycił się pan Audley. — Cóż to takiego?
— Stawiałabym na bycze jądra — rzuciła kąśliwie Amber, z przyjemnością zauważając, iż młody prawnik odrobinę blednie.
Serena zaśmiała się, zapełniając niezręczną ciszę. Po chwili dołączył do niej pan Audley i jej mąż.
— Och, ta nasza Amber. Szalona, kochana Amber.
Dziewczyna ledwo opanowała grymas, gdy obcas szwagierki wbił jej się w łydkę.
— Potrawka z królika! Dobra robota, Haroldzie — oznajmił z zadowoleniem pan domu. — A więc, panie Mott, jak panu podoba się nasza dzielnica. Jest wyjątkowa, prawda?
Rozmowa zeszła na niezobowiązujące tematy. Młody prawnik z uwagą wysłuchiwał wypowiedzi innych i sam zabierał głos w dyskusji. Mówił krótko i rzeczowo, lecz sposób, w jaki się wypowiadał, świadczył o nie lada umyśle. Jednak to nie fakt, iż wymuskany dupek wypadał nadzwyczajnie dobrze przy rozmowie z jej rodziną, działał jej na nerwy. Najbardziej drażniło ją to, iż ani razu na nią nie spojrzał.
Dobra, panie Mott. Przyjmij to!” — pomyślała, opierając jeden łokieć na stole tak, by mów wesprzeć podbródek na dłoni. Drugą rękę położyła na stole, by przedramię delikatnie pomogło jej piersiom znaleźć się nieco bliżej słońca. W tej pozycji jej dekolt był wyeksponowany, a rowek między piersiami zmienił się z „dostrzegalnego” na „OMG! Stary, musisz tu zerknąć!”
Nic. Zupełnie nic. Brunet nawet nie zerknął w góry i doliny znajdujące się kilkanaście centymetrów od niego. Amber zmarszczyła brwi i dyskretnie zerknęła w swój dekolt. Na jej damskie oko był naprawdę kuszący. „Gej czy co?”
— Tak, niestety miałem tą wątpliwą przyjemność. Rozwody bywają męczące — stwierdził chłopak, ujmując w dłoń kieliszek.
Dziewczyna odłożyła widelec i zdjęła serwetkę z ud. Założyła nogę na nogę, podwijając sukienkę.
— Absolutnie się z tym nie zgadzam. Sędzia w takich przypadkach popełnia błąd...
To ty popełniasz błąd, baranie. W dół. Spójrz w dół! No dobra, niech ci będzie... ”
Subtelnym ruchem dłoni sprawiła, iż materiał odsłonił koronkowe zakończenie pończochy. Gdy nadal nic się nie działo, dziewczyna odsłoniła kawałek nagiej skóry.
— To... interesujące, jednak są inne sposoby. Nowatorskie, jednak godne uwagi.
JA jestem godna uwagi. Patrz! Udo! Ładne udo! Niech cię szlag, nie zdejmę sukienki...”
Rozdrażniona dziewczyna postanowiła zmienić taktykę. Zmieniła ułożenie nóg, ocierając się przy tym powolnie o nogę pana prawnika. Ku jej rozpaczy, przypadkowo strąciła swój widelec, który z brzękiem upadł na posadzkę.
Nim zdążyła zareagować, brunet schylił się, by go podnieść.
— Co za dżentelmen — zachwycił się pan Audley. — Wiecie, przypomniało mi to...
Amber w ogóle go nie słuchała. Całą jej uwagę skupił prawnik, który, prostując się, przyłożył dłoń do jej kostki i prowadził ją przez łydkę aż do nagiej skóry.
— Proszę bardzo — mruknął, podając jej widelec.
Dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Może to dlatego, że była to ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewała, jego dotyk sprawił na niej takie wrażenie. Coś jak gdyby delikatne iskierki prądu skaczące po wrażliwej skórze, które natychmiast zostają zastąpione ciepłym szlakiem wytyczonym przez dłoń.
— Dziękuję — wydukała, odbierając widelec tak, by ich dłonie się nie zetknęły.
— Widzę, że ma pani problem z owsikami. Mam znajomą na stażu w Mungu, mogę dyskretnie spróbować coś od niej załatwić — wyszeptał z udawaną troską.
Amber zacisnęła pięści na obrusie, zapobiegając próbie uduszenia bezczelnego prawnika.
— Niech pan zajmie się sobą, panie Mott.
Brunet uśmiechnął się kpiąco.
— Bardzo bym chciał, jednak pani próby wywiercenia krzesłem dziury w podłodze skutecznie mi to utrudniają.
— Jest pan bezczelny — ośmieliła się zauważyć, jednocześnie zerkając na pozostałych. Ci jednak chwilowo byli zajęci sobą.
— Być może. W moim jednak mniemaniu lepsza bezczelność, niż niezdarność. — Prawnik wbił wzrok w coś, co znajdywało się za nią, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał, po czym ponownie spojrzał na Amber. — Swoją drogą, to zastanawiające, dlaczego tak majętna osoba pracuje w takiej spelunce...
Nim dziewczyna zdążyła się powstrzymać, prychnęła pogardliwie. Facet zaczynał poważnie grać jej na nerwach.
— Więc najpierw wydał pan osąd nad moją osobą, a dopiero teraz zamierza mnie pan przejrzeć?
— Nie zamierzam. Już to zrobiłem — odparł prosto, bez emocji. Zupełnie jakby oznajmiał, iż właśnie zaczęło padać.
Amber zmrużyła gniewnie oczy.
— Czyżby?
Ich cichą rozmowę przerwał wymuszony śmiech pana Audleya.
— A o czym tak debatujecie?
— Pańska córka opowiadała mi niezwykłą historię tego domu. Wspomniała, że został wybudowany w 1798 roku przez samego Rudolfa Goldenmayera.
Gospodarz pokraśniał z dumy.
— Zgadza się. Ta kamienica to jeden z jego ostatnich projektów sprzed tajemniczego zaginięcia. Czy Amber wspomniała o jego rzeźbie?
— Rzeźbie?
Amber zerknęła na prawnika. Po raz pierwszy usłyszała w jego głosie szczere zaciekawienie. Jej ojciec również musiał je wyczuć, bo uśmiechnął się szeroko i klasnął w dłonie.
— Z przyjemnością pokażę panu jeden z moich najcenniejszych skarbów — powiedział, wstając od stołu. — Tędy, proszę.
Gdy tylko wyszli, Amber niedbale odrzuciła widelec na stół. Założyła ramiona na piersi, starając się unikać jadowitego wzroku szwagierki i Christophera. Cisza nie trwała długo.
— O czym z nim rozmawiałaś? — warknęła Serena, nachylając się w jej stronę.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— O niczym konkretnym.
— Kłamiesz!
— Serena, kochanie, ciszej, mogą...
Rudowłosa spojrzała na męża. Ten natychmiast zabrał dłoń z jej ramienia i przełknął ślinę.
— Powiedź jej coś. Jestem pewna, że próbowała go zniechęcić.
Christopher spojrzał srogo na siostrę.
— Tak było?
— Nie — odpowiedziała, co wywołało jego przedwczesną ulgę, bo zaraz po jego westchnięciu dodała: — Nie musiałam nic mówić, by go zniechęcić. Wystarczy na was spojrzeć.
Serena wstała, gwałtownie odsuwając krzesło w tył.
— Jak śmiesz?!
— Pani Spudmore?
— Czego?! — syknęła na kamerdynera.
Przyzwyczajony do wybuchów Sereny starszy mężczyzna nawet nie drgnął.
— Przybyli panowie Wilson i...
— Pozbądź się ich.
— Uczyniłbym tak, gdyby szanowni panowie nie byli komornikami z nakazem.
Kobieta pobladła i spojrzała na męża. Musiała oprzeć się o jego ramię, by ustać na drżących nogach.
— Komornicy? — powtórzyła. — Tu?
— Tak, madame — potwierdził kamerdyner.
Serena pokiwała powoli głową, po czym z nagłym ożywieniem powiedziała:
— Christopher, znajdź ojca. Musi z nimi porozmawiać. Ja spróbuję ich powstrzymać. On nie może ich zobaczyć — po czym niemal wybiegła z pokoju.
Amber została sama. Towarzyszyło jej jedynie poczucie beznadziei i sromotnej klęski. Nie udało jej się oczarować prawnika ojca. Ba, nie wzbudziła w nim cienia sympatii. Szanse na przeciągnięcie go na swoją stronę zmalały do zera.
Uznawszy, że nic tu nie wskóra, dziewczyna chwyciła torebkę, wstała od stołu i wyszła na korytarz. Nim jednak dotarła do wyjścia, do głowy wpadła jej myśl, by skorzystać z kominka. W końcu nikt nie zabroni jej użyczenia sobie garstki proszku Fiuu.
Jej uwagę przyciągnęła sylwetka mężczyzny widoczna przez uchylone drzwi. Zwolniła kroku i przyjrzała się jej, wiedząc, że bezkarnie może go pożerać wzrokiem. Nie był blady ani przesadnie opalony. Jego skóra była delikatnie pokryta złocistą opalenizną. Gdyby nie jej naturalny odcień i fakt, iż Teodor Nott nie wygląda ta typa, który chodzi do mugolskiego solarium, oskarżyłaby go o to.
Nie był też przesadnie napakowany, jednak to, w jaki sposób garnitur opinał się na jego ramionach, świadczył o tym, iż pod spodem skrywa się nieprzeciętne ciałko. W głowie dziewczyny powoli zaczął kształtować się obraz nagiego prawnika. Chętnie pomogłaby mu pozbyć się tego garnituru.
— Proszę się nie krępować.
Jego głos niczym strzała przeszył jej umysł, brutalnie niszcząc powstałą tam wizję. Zamrugała, powstrzymując rumieniec tylko siłą woli.
— Słucham?
Teodor zerknął na nią przez ramię.
— Zakładam, że chciałaś tu wejść.
— Skąd wiedziałeś, że tu stałam? — spytała, dołączając do niego.
Nott znacząco zerknął na jej buty.
— Och, no tak.
Brunet przeniósł wzrok z powrotem na rzeźbę.
— Jest niezwykła — oznajmił niespodziewanie.
Amber musiała przyznać mu rację. Przedstawiała mężczyznę i kobietę naturalnych rozmiarów. Nagi, muskularny mężczyzna przywodzący na myśl greckiego boga siedział na krześle, w ramionach trzymając swoją kochankę. Kobieta wydawała się omdlewać z rozkoszy. Niemal leżała na jego kolanach, podtrzymywana tylko przez jego ramię. Druga dłoń boga zaborczo obejmowała pierś. Szczegóły i detale dzieła we wszystkich wzbudzały zachwyt. Długie kobiece włosy i przezroczysta suknia z gorsetem wyglądały niesamowicie realistycznie.
— Interesuje się pan sztuką? — spytała Amber, zerkając na bruneta.
Teodor zamrugał, jakby wyrwała go z zamyślenia.
— Nie bardzo. Jednak jego prace zawsze mi się podobały. Mam nawet kilka obrazów.
— Dniami prawnik, w nocy kolekcjoner Goldenmayera?
Młody prawnik zaśmiał się pod nosem.
— Próbuje mnie pani rozgryźć, tak? — mężczyzna odwrócił się do niej i założył ręce na piersi. — Co jeszcze pani o mnie powie?
Amber zmrużyła oczy, lustrując go od stóp do głów.
— Dupek. Nie lubiący ryzyka nudziarz. Wybuchowy pracoholik. Trafiłam?
— Mniej więcej.
Dziewczyna spojrzała na rzeźbę. Jego spojrzenie wydawało jej się zbyt intensywne.
— A ja? Wspomniał pan, że już pan mnie przejrzał — rzuciła, nie wiedząc nawet, dlaczego kontynuuje tę rozmowę.
— Naiwnie otwarta na innych. Bywa pani porywcza, czego czasem pani żałuje. Długo trzymasz urazę i unosisz się dumą. Jesteś przemęczona, makijaż tego nie ukrył. Zapewne jest to spowodowane niewyspaniem. Podejrzewam, że prócz pracy masz sporo nauki, obstawiałbym jakiś ścisłą dziedzinę. Dodatkowo masz problemy z pieniędzmi i ojcem. Podczas kolacji nie odzywałaś się do niego, nawet do niego nie patrzyłaś. Całe twoje ciało było zwrócone ku Serenie. Albo ufasz tylko jej, albo to jej najbardziej się obawiasz. Jesteś skłócona z rodziną, powód wyprowadzki jest z nią związany. Jesteś zbyt uparta, by tu wrócić i zbyt dumna, by poprosić o pieniądze. Sukienka, którą masz na sobie... dałbym jej cztery lata. Jest pokryta sierścią dwóch kotów. Pewnie są twoimi jedynymi współlokatorami. W czymś się pomyliłem? — spytał na koniec uprzejmym tonem.
Amber zmieliła przekleństwo w ustach. Dupek w niczym się nie pomylił.
— Owszem — oznajmiła dobitnie, nawet nie kryjąc swojej niechęci do niego. — To moja przyjaciółka ma koty — dodała, kierując się do wyjścia. Nim jednak wyszła na korytarz, rzuciła za złością: — A sukienka ma trzy lata.
Teodor nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem. Dobitne stukanie obcasów tylko jeszcze bardziej go rozbawiło. Pokręcił głową i powrócił do podziwiania dzieła Goldenmayera.
— Amber Audley — mruknął pod nosem, kierując wzrok na marmurową kochankę. — Czego takiego ode mnie chcesz? — zastanawiał się, wspominając jej zachowanie przy stole. Ocieranie się o niego, odsłanianie ciała... z trudem ignorował jej wysiłki. Interesowały go zarówno jej zamiary, jak i ciało. Nott był jednak przekonany, iż czas pokaże, co takiego kierowało dziewczyną. Do tego czasu mógł beztrosko fantazjować o jej nogach, zaskakująco długich jak na jej wzrost, i wyobrażać sobie, iż na miejscu twarz marmurowych kochanków, widnieją ich oblicza.

***

— Chantal! — zawołała Amber, niemal wybiegając z kominka. — Chantal! Potrzebuję twojej pomocy.
Mon dieu, krzyczysz tak, że martwy by z grobu powstał — wydusiła Francuzka, przykładając dłoń do piersi. — Stało się coś?
— Tak! Nic się nie stało! Dosłownie nic.
Starsza kobieta zmarszczyła brwi. Przysiadła na kanapie, przeczuwając, iż czeka ją dłuższa rozmowa.
— To chyba dobrze — powiedziała, wzruszając ramionami.
— Dobrze? To tragedia. Dno. La catastrophe!
— Zrozumiałam za pierwszym razem, ma belle. Siadaj i mów, co się stało.
Amber usiadła naprzeciw niej, wybijając obcasem niespokojny rytm. Przez chwilę zastanawiała się, czy nieco przerobić swoją historię, jednak doszła do wniosku, iż skoro ma zamiar prosić Chantal o pomoc, powinna powiedzieć jej całą prawdę.
— Próbowałam... zainteresować sobą przyszłego prawnika ojca — wyznała w końcu ze skruchą, jednak zaraz potem jej głos nabrał oskarżającego tonu. — A on nic! I zanim cokolwiek powiesz, to szczytny cel. Próbuję zapobiec katastrofie.
Starsza kobieta skrzywiła się.
Mon cher, to się nie godzi. Pamiętasz, co ci mówiłam...
— Tak, tak — przerwała jej Amber. — Tylko szaleńcy, głupcy i ryzykanci bawią się miłością. Tylko że ja nie bawię się miłością, ja chce go tylko... zmusić do zmiany poglądów.
— Mhm... A mogę spytać, co chcesz przez to osiągnąć?
Dziewczyna rozejrzała się.
— Jesteśmy tu same?
— La boutique już dawno zamknięty — odparła Chantal, wzruszając ramionami. — A więc?
Amber pomimo tego, iż nikt inny nie mógł tego usłyszeć, pochyliła się i zniżyła głos.
— Gdy tylko podpiszą umowę, ojciec da prawnikowi dokumenty i nieograniczony dostęp do archiwum firmy. Facet będzie w posiadaniu potrzebnych nam papierów. Wystarczy, że mi je da, a ojciec będzie zmuszony oddać nam firmę.
— Nam?
— Mi i Randolphowi — wyznała Amber.
— Ma belle, żaden prawnik nie zdecydowałby się na to — pouczyła ją Chantal. — Stawka jest zbyt duża, by ryzykować. Chyba że jest się głupim i naiwnym, a wątpię, by twój ojciec zatrudnił kogoś takiego. Gdyby oddał ci dokumenty, musiałby ponieść karę, bo pewno podpisze klauzulę poufności.
— Dlatego mi ich nie odda. Zrobię kopię i przyznam się do włamania do archiwum. Chociaż, teoretycznie, mam prawo tam wchodzić...
— Więc po co to wszystko? — zdziwiła się Francuzka.
— Chodzi o to, że są tam ukrywane prawdziwe dane na temat stanu firmy. Na spotkaniach rady przedstawiane są fałszywe raporty, Randolph dopatrzył się pewnej nieścisłości. Poza tym, czy to nie podejrzane, że ojciec zakazał nagle dostępu do archiwum pod jego nieobecność? Postawił nawet strażników przy wejściu. Jeżeli powiem, że sama zdobyłam dokumenty, prawnik nie poniesie żadnych konsekwencji. A dopóki jestem członkiem rady, też powinnam być bezpieczna.
Chantal rozsiadła się na kanapie, zastanawiając się nad tym, co usłyszała. Potarła pomarszczoną skroń i z troską spojrzała na przyjaciółkę.
— Wiem, o co chcesz prosić, jednak nie mam tylu pieniędzy, by przekupić prawnika.
Dziewczyna machnęła dłonią.
— Nie martw się, to nie o to chodzi. Pieniądze na wygrodzenie zdobędę po przejęciu firmy.
— Obawiam się, że nie nadążam...
— Po tym, jak zdobędę wystarczające dowody, by wygrać w sądzie, zażądam, by ojciec, Serena i Christopher zrzekli się swoich udziałów w zamian za wyciszenie sprawy, uniknięcie rozgłosu i wymiganie się od kary. W ten sposób ja i Randolph zostaniemy jedynymi właścicielami. Razem zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by uratować ThunderFlash. Zamierzamy doprowadzić to tego, by nasza firma połączyła się z Silverspeed. Silverspeed z kolei pokryje zobowiązania przejętego przedsiębiorstwa, w tym koszty wynagrodzenia prawnika. Nasza firma powoli będzie spłacać długi zaciągnięte w firmie Randolpha.
— W porządku — powiedziała wolno Chantal, próbując przyswoić natłok informacji. — Tylko jaka w tym moja rola?
— Muszę rozkochać w sobie prawnika. Potrzebuję seksownych ubrań z najwyższej półki.

***

Teodor nie spodziewał się, iż odpowiedź na jego pytanie pojawi się tak szybko. Stało się to następnego wieczora, gdy upajał się ciszą, samotnością i kieliszkiem wina w swoim apartamencie.
Słysząc pukanie do drzwi, odstawił kieliszek na szklanym stoliku i wstał z fotela. Zastanawiał się, kto stoi na korytarzu. Na pewno nie Blaise, on walił w drzwi jak popieprzeniec. Draco odpadał, on nie pukał, on po prostu wchodził. Hermiona jeszcze siedziała w laboratorium, natomiast pan Audley po prostu napisałby list, żądając spotkania. Więc kto?
— Dobry wieczór, panie Nott. Nie przeszkadzam?
— Panna Audley. Przyznam, że jest pani ostatnią osobą, której bym się tu spodziewał. Proszę — powiedział, otwierając szerszej drzwi.
— Ładne mieszkanko — przyznała Amber, rozglądając się po salonie.
— Dziękuję. Wezmę płaszcz.
Dziewczyna zawahała się. Trwało to tylko chwilę, jednak Nott zdołał wychwycić ten błysk w oku. Zaciekawiony, stanął za nią i rozchylił poły płaszcza. Gdy tylko go zsunął, uśmiechnął się na widok nagich, wdzięcznie wygiętych pleców. Panna Audley przyszła go uwieść. I nie miała stanika. Nie komentując tego w żaden sposób, powiesił jej płaszcz i gestem wskazał jeden z foteli.
— Coś do picia? Wody, wina, whisky?
— Wina — odparła Amber. Wiedziała, że to niezbyt rozsądne pić alkohol na misji, jednak tak dawno nie czuła gorzkiego smaku wybornego wina, że nie mogła przepuścić okazji. Poza tym musiała zachowywać pozory.
Teodor podał jej kieliszek, nie przepuszczając okazji do zlustrowania wzrokiem jej stroju. Miała na sobie czarny kombinezon, zakrywający całą długość nóg, jednak wąskie plecy, smukłe obojczyki i zachęcające perłowe półkule jej piersi były dla niego odkryte. Cienkie ramiączka stopniowo rozszerzały się do trójkątów, które otulały dekolt i łączyły się z wysokim stanem kombinezonu. Strój robił wrażenie, jednak jeśli liczyła, że to wystarczy, by cokolwiek z niego wyciągnąć, czekało ją rozczarowanie. Dla Teodora cel jej wizyty był jasny: chciała w jakiś sposób zaszkodzić znienawidzonemu ojcu.
— A więc słucham. O co chodzi? — zapytał, gdy i on usiadł z kieliszkiem w dłoni.
— Chciałam... Chciałam pana przeprosić.
Nott uniósł brwi.
— Przeprosić?
— Tak. Zdaję sobie sprawę, jak przez moje zachowanie może mnie pan odbierać. Najpierw oblałam pana zupą, potem byłam nieco... powiedzmy, opryskliwa — wyjaśniła Amber, upijając łyk wina.
— Nie ma się czym przejmować — zapewnił ją prawnik. — To pewnie wina przemęczenia. Muszę jednak przyznać, że zastanawiająca jest to nagła zmiana. Widzi pani — ciągnął dalej, widząc jej pytające spojrzenie — przy wczorajszej kolacji nie miała pani powodów do takiego zachowania, za to dostatecznie dużo czasu, by ochłonąć. Natomiast dziś przychodzi tu pani...
— Amber.
— ... przychodzisz tu tak ubrana, biorąc skruchę za pretekst do spotkania.
Zaciśnięcie dłoni na nóżce kieliszka.
Mam cię.”
— Ubrana jak? — spytała, dosadnie podkreślając ostatnie słowo wygięciem brwi w ostry łuk.
— Dość sugestywnie.
W odpowiedzi otrzymał szorstki śmiech. Jego uwagi i lekceważący ton jasno dawał jej do zrozumienia, co o niej myślał.
— Skoro nagie plecy i kawałek dekoltu jest dla ciebie sugestywny, musisz niemal dochodzić, widząc nagą łydkę. Broń Merlinie, byś zobaczył skrawek uda.
Teodor zaśmiał się, odstawiając kieliszek. Jej cięty język naprawdę go bawił.
— I myślisz, że co by się wtedy stało?
— Puściłby ci szew w kroku.
Dziewczyna również odstawiła kieliszek, wiedząc, że jeszcze trochę, a zmiażdży go w dłoni lub po prostu rzuci nim w niego. Przyszła tu, robiąc z siebie pokorną idiotkę, w dodatku w kombinezonie wartym okrągły tysiąc galeonów, a on nawet nie był pod wrażeniem jej wyglądu. Siedział tylko, niczym pan na włościach i rzucał kąśliwe uwagi, wyśmiewając się z niej. Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszego dnia misja „uwieść prawnika, nim ten doprowadzi do katastrofy i upadku firmy” zakończy się niepowodzeniem.
— Czyżbyś chciała spróbować? — spytał Nott, uśmiechając się szeroko.
— W tej chwili chciałabym wyjść. I myślę, że właśnie tak zrobię — dodała, wstając z fotela. Nim brunet zdołał choćby podnieść się z kanapy, Amber była już przy drzwiach. Zaraz jednak te uchyliły się, ukazując jej głowę. — A twoje mieszkanie w ogóle mi się nie podoba — burknęła i tym razem z wyraźną satysfakcją zatrzasnęła drzwi.
Dziewczyna czym prędzej udała się do Chantal. Wpadła do środka, rozglądając się za starszą kobietą.
— Jest w magazynie — podpowiedziała jedna z pracownic.
Amber skinęła głową i udała się na tyły sklepu.
— Jedna. Wielka. Kompromitacja — mruknęła, siadając na parapecie. Pomimo rozgoryczenia i frustracji zwróciła swoją uwagę na szytą przez Chantal wieczorową suknię. Kreacja unosiła się w powietrzu, zupełnie, jakby wypełniał ją niewidzialny manekin. Francuzka nadzorowała różdżką ruchy nożyc i nici, popijając w międzyczasie kawę. — Ładna.
— Zgaduję, że nie poszło najlepiej.
— Nawet mnie nie dotknął. Zamiast tego wytknął mi, że za bardzo się odkrywam. Ależ on mnie drażni! — oznajmiła dziewczyna, uderzając pięścią w udo. — Żebyś tylko widziała, jak na mnie patrzy...
— Jak?
— Tak jak większość. Jak na słabeusza i nieudacznika, z taką drwiną. Mam dosyć tego, że wszyscy patrzą na mnie jak na dziecko i tylko czekają, aż się przewrócę, żeby mogli pogłaskać mnie po główce i powiedzieć „a teraz posiedź i popatrz, jak robią to dorośli”...
Chantal uśmiechnęła się dobrotliwie.
— Wyglądasz dość krucho.
— Ale nie jestem dzieckiem — burknęła pod nosem dziewczyna, czym rozbawiła przyjaciółkę. Po chwili i ona się zaśmiała.
— Więc co teraz zamierzasz zrobić? — spytała Francuzka, ujmując w dłoń tren sukni. Przyjrzała mu się krytycznie i przywołała pudełko szpilek.
— Nie mam innego wyjścia, muszę nadal próbować coś ugrać. Przede wszystkim muszę zmienić jego nastawienie do mnie.
— I pewnie już masz plan...
— Muszę pożyczyć od ciebie coś, co nie będzie wyzywające, ale podkreśli figurę i pobudzi wyobraźnię. No i znaleźć jakąś odpowiednią wymówkę.
Chantal machnęła różdżką. Nożyce, szpilki i miarka spoczęły w szufladzie.
— Przeprosiny nie wystarczyły?
— Przeprosiny w ogóle nie wyszły — poprawiła ją Amber. — Właściwie to odniosłam skutek odwrotny do zamierzanego. Jeśli miałabym znaleźć pozytyw, to powiedziałabym tylko, że wydawał się być całkiem rozbawiony. Gdzie idziesz? — spytała, widząc, jak Chantal wychodzi z magazynu.
— Znaleźć coś, co mogłoby ci pomóc.

***

Stała już od pięciu minut przed drzwiami apartamentu Teodora Nota, zerkając niespokojnie w swoje odbicie. Denerwowała się zupełnie tak, jakby miała mu się oświadczyć. Wzdrygnęła się na samą myśl i poprawiła czerwoną szminkę goszczącą na jej wagach. Prócz niej i lekkiego muśnięcia rzęs, nie miała żadnych innych upiększaczy. Za radą Chantal, spięła włosy w niedbałego, wysokiego koka. Na jej strój składały się eleganckie szare spodnie z podwyższonym stanem i czarny golf skrojony na taką długość, by odsłaniał pasek nagiej skóry. Do tego szpilki, kopertówka i voilá! Seksapil przybrał dziś imię Amber.
— Jesteś mój, Mott — mruknęła, po czym spokojnie zapukała do drzwi.
— Jeśli jesteś Hermioną, możesz wejść. Jeśli to znowu ty, Blaise, lepiej spierdalaj.
— A jeśli jestem Amber Audley?
Usłyszała ciche przekleństwo i odgłosy szamotania. Zaciekawiona, podeszła bliżej drzwi i jak oparzona odskoczyła od nich, gdy te się otworzyły. Dziś, Teodor Nott nosił nieformalne, przetarte spodnie i białą koszulę. Jego zmierzwione włosy sprawiały, iż można by pomyśleć, że dopiero co wstał z łóżka.
Urocze.”
— Znowu mnie zaskoczyłaś — wyznał, wpuszczając ją do środka i odruchowo sięgając po jej płaszcz. Mówił prawdę, zupełnie nie spodziewał się, iż po tygodniu ciszy ona zjawi się tu, zapewne z nową taktyką. Niemniej jednak cieszył się z takiego obrotu spraw. — Wina?
— Herbaty, jeśli to nie kłopot.
— Jasne. Rozgość się — rzucił prawnik, znikając w kuchni.
Dziewczyna zamierzała skorzystać z danej okazji. Weszła w głąb znanego jej już salonu, zatrzymując się przy przeszklonej ścianie.
— Niesamowity widok — szepnęła, przyglądając się w pośpiechu pokonującym chodniki mrówkom. Niechętnie odeszła od okna i przyjrzała się stojakowi z płytami. Głównie rock, trochę muzyki klasycznej.
Przeszła do sąsiedniego pomieszczenia, jakim było biuro młodego prawnika. Nie zaskoczyły jej stonowane barwy i proste meble. Najważniejszym elementem zdawała się być biblioteczka z mnóstwem opasłych woluminów. Podeszła bliżej. Wszystkie były poukładane w porządku alfabetycznym.
— Gość ma ewidentny problem — stwierdziła, rozsiadając się na skórzanej kanapie. Skrzywiła się jednak, słysząc nieprzyjemny odgłos. Coś jakby ktoś zmiął kawałek wyjątkowo paskudnego plastiku.
Wstała i podniosła poduszkę.
— O. Mój. Słodki. Merlinie — wykrztusiła, walcząc ze śmiechem.
— Nie wiedziałem, jaką lubisz, więc...
Teodor zbladł, widząc, co jego gość trzyma w dłoniach. Odstawił tacę na stolik i podszedł do Amber.
— To nie moje. To prezent od przyjaciela — warknął, próbując odebrać jej erotyczną zabawkę, jednak rozbawiona dziewczyna odskoczyła, odgradzając się od niego kanapą.
— Gumowa lala? Musisz być naprawdę samotny. Samotny i zdesperowany.
— Oddaj... to...
— Wiesz, jest trochę do mnie podobna. To wybór specjalny, czy zbieg okoliczności?
Amber pisnęła, gdy Nott przeskoczył kanapę i wylądował tuż przed nią. Zaczęła uciekać, jednak ten złapał ją za ramię, obrócił i przyparł do ściany. Nie chcąc poddawać się tak łatwo, dziewczyna schowała gumową lalę za plecami. Chłopak uśmiechnął się niebezpiecznie.
— Mam użyć różdżki? — spytał, nachylając się nad nią.
Panna Audley roześmiała się.
— Mówiąc to, masz na myśli prawdziwą różdżkę, czy coś innego?
— A co byś wolała?
Zamarła. Dotarło do niej, że przystojny prawnik stoi bardzo blisko niej i tylko kilka śmiesznych centymetrów dzieli ich usta. Poczuła zapach cynamonu i ostrych przypraw, który tylko zwiększył jej zamęt w głowie, przez co nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Co chciała odpowiedzieć. Wiedziała, po co tu przyszła i jakie są jej granice, jednak kusiło ją, by zerwać z siebie stanik, a następnie spalić go, krzycząc „pieprzyć granice” i pójść na całość z panem prawnikiem.
— Jest cała twoja — odpowiedziała w końcu, oddając mu lalkę. Po pierwsze, miała swoją godność. Po drugie, nie była łatwa. Od czasu, gdy przyłapała Henry'ego, jej pierwszą wielką miłość, z Jasmine, jej jedyną przyjaciółką, odeszła jej ochota na romanse. Po trzecie, facet żartował. A ona, pomimo tego wszystkiego, wahała się z odpowiedzią. Co z nią było nie tak?
Zrzucając winę na zbyt wysokie libido, wróciła z Teodorem do salonu. Długo była sama, spotkała przystojnego faceta i zareagowała. Po prostu. A w dodatku miała dni płodne. To musiało być to. Wszystko wina dni płodnych.
— Mam nadzieję, że lubisz Earl Grey'a.
— Czy my musimy rozmawiać o seksie?
Nott zamrugał.
— Rozmawiamy o herbacie.
— Nieważne.
— Wszystko w porządku? — upewnił się prawnik, badawczo jej się przyglądając. — Wydajesz się być jakaś... pobudzona — dokończył z chytrym uśmiechem.
— Jak widać, dmuchane lale działają nie tylko na ciebie — odparła, odwzajemniając się słodkim uśmiechem.
Teodor zmrużył oczy.
— Punkt dla ciebie. A zatem dlaczego spłynął na mnie zaszczyt twoich odwiedzin? — powiedział, stawiając przed nią filiżankę.
— Pomyślałam sobie, że skoro jesteś już wmieszany w sprawy firmy, to mógłbyś mi pomóc w jednej rzeczy.
— Mianowicie?
Amber sięgnęła do torebki i wyjęła z niej plik dokumentów. Przekartkowała je, zatrzymując się na interesującej ją stronie.
— Przeglądając raport z ostatniej rady nadzorczej, zauważyłam pewną nieścisłość — zaczęła, siląc się na neutralny ton, by ukryć fakt, iż kryje się za tym coś więcej niż zwykła dociekliwość. — Na początku myślałam, że to błędy w rachunkach, ale to raczej niemożliwe — oznajmiła, podając prawnikowi raport. — Nie chcę pytać o to ojca, bo, jak pewnie zdążyłeś zauważyć, nasze stosunki nie wyglądają zbyt dobrze, a ja nie chcę ich pogarszać jeszcze bardziej, dając mu do zrozumienia, że mu nie ufam — dodała, przechadzając się po salonie. Gdy prawnik okazał minimalne oznaki zainteresowania dokumentami, od niechcenia przerzucając kolejne strony, zmrużyła oczy i uśmiechnęła się chytrze, czując, że nadszedł czas na kolejną fazę ataku. Przystanęła za kanapą, na której siedział brunet i nachyliła się, by wskazać mu odpowiednią stronę, nie zapominając „przypadkiem” delikatnie otrzeć się o prawnika.
— Chodzi mi o tę pozycję bilansu — oznajmiła, odwracając głowę w stronę Teodora, którego usta znajdowały się tak blisko, jak jeszcze nigdy dotąd.
Nott zatrzymał spojrzenie na kuszących ustach blondynki, po czym uśmiechnął się i z premedytacją rzucił:
— Wystarczyło powiedzieć. Nie musisz ocierać się o mnie jak kotka w rui.
— Ponosi pana wyobraźnia, panie Mott — powiedziała i usiadła obok niego, zachowując bezpieczną odległość. — Chyba wyraziłam się jasno, że przychodzę tylko i wyłącznie w sprawach zawodowych. Czy do każdego klienta ma pan takie prostackie podejście?
Brunet posłał jej jeden z tych szelmowskich uśmiechów, których tak bardzo nie znosiła i z premedytacją nachylił się ku niej, zarzucając ramię na oparcie kanapy.
— A więc słucham. Czego pani ode mnie oczekuje? — spytał, coraz bardziej zmniejszając dzielący ich dystans.
— Działania — odparła, walcząc z suchością w ustach. Nie podobała jej się ta nagła zamiana ról. To ona miała być łowcą, zarzucającym sieci na niczego niepodejrzewającą ofiarę. Tymczasem ofiara okazała się być godnym przeciwnikiem.
— Niestety, obawiam się, że nie będę mógł pomóc, gdyż obiekt nie jest przedmiotem moich zainteresowań — odparł beznamiętnie, nic sobie nie robiąc z jej bliskości.
— Zdaję sobie sprawę, że pana wiedza ma mocno ograniczony zakres, dlatego pozwolę sobie wyjaśnić dogłębnie, o co mi chodzi — oznajmiła, porywając dokumenty ze stołu.
— Nie mogę się doczekać.
— Moim zdaniem źle dokonano wyceny zapasów firmy i ich zużycia. Zastanawiałam się nad tym, co może być tego powodem i wydaje mi się, że została zmieniona metoda ich wyceny, jednak nie ma o tym wzmianki w informacji dodatkowej do sprawozdania. Co najdziwniejsze, braku tej informacji nie wychwycono podczas badania sprawozdania przez biegłego rewidenta, pana Doriana Butchera, który de facto na polecenie ojca w zeszłym roku zastąpił naszego wieloletniego współpracownika.
Prawnik pokiwał głową, wcale się nie dziwiąc wyborowi starego Doriana do badania sprawozdania finansowego. Jeżeli ma się coś do ukrycia, a z jego obserwacji wynika, iż pan Audley wolałby, żeby jego podejrzane interesy nie ujrzały światła dziennego, Butcher był odpowiednią osobą na to stanowisko. Każdy w prawniczym środowisku wiedział, iż etyka zawodowa jest o wiele niżej w jego priorytetach niż garść złotych monet.
— Chcę tylko, żeby pan się dowiedział, czy rzeczywiście dokonano zmiany metody wyceny i należy tylko zamieścić o tym wzmiankę w informacji dodatkowej, czy też może nieścisłości wynikają z błędów rachunkowych i trzeba poprawić cały raport.
Teodor potarł podbródek, wpatrując się w widok za przeszkloną ścianą. Trochę to trwało, jednak w końcu spojrzał na nią i niezobowiązująco rzucił:
— Zobaczę, co da się zrobić.
To niezbyt wiele” — pomyślała Amber, ukrywając rozczarowanie. Liczyła na to, że wzbudzi w nim zainteresowanie sprawą, przez co łatwiej byłoby go namówić na współpracę. Widocznie ani jej uroda, ani jego ciekawość nie były wystarczające, by podjął właściwą decyzję. Nie było nic uwłaczającego w tym, że nie zwrócił na nią uwagi, prawda? W końcu był dziwakiem, mieszkającym z dmuchaną lalą.
Musimy z Randolphem wymyślić coś innego.”
— Już wychodzisz? — spytał Teodor, widząc, jak dziewczyna zbiera swoje rzeczy.
— Muszę jeszcze załatwić parę spraw — opowiedziała, ukrywając swój zawód. Jakoś dziwnie czuła się z tym, że to koniec kuszenia młodego prawnika. Nadeszła pora, by zabrać stąd tyłek i wrócić do zagraconej kawalerki i wiecznie głodnych kotów. — Sama się odprowadzę.
Amber wyszła na korytarz i przywołała windę. Weszła do środka w momencie, gdy z drugiej wyszła drobna kobieta obdarzona burzą kasztanowych loków. Panna Audley obserwowała, jak puka do drzwi mieszkania Teodora, czując nagły strach i zaskakujące ukłucie zazdrości. Dziewczyna? Przyjaciółka? Czy nieświadomie próbowała odbić chłopaka innej?
— Jeśli jesteś Blaisem, spierdalaj.
— A jeśli jestem Hermioną Granger?
Nim drzwi windy zasunęły się, Amber zdołała ujrzeć uśmiech bruneta na widok tajemniczego gościa.
Blondynka jęknęła głośno i oparła się o metalową ścianę. Teodor Nott należał do innej, był całkowicie zakazany. Musiała poszukać innego sposobu, by dostać się do potrzebnych dokumentów i wyrzucić z głowy jego seksowny uśmiech.

***

Teodor przyjął z powrotem od strażnika swoją kartę dostępu i wszedł do archiwum firmy ThunderFlash. Omijał kolejne regały zawalone teczkami i stosami dokumentów, kierując się do najdalszego zakątka. Odłożył teczkę i rozpoczął poszukiwania. Gdy znalazł to, czego szukał, uśmiechnął się i pokręcił głową. Robił dokładnie to, czego oczekiwała Amber Audley. Połknął haczyk i postanowił z własnej woli zaangażować się w dochodzenie dziewczyny. A może robił to, ponieważ potrzebował pretekstu, by znowu ją zobaczyć?
Na wszelki wypadek zrobił kopię dokumentów i schował ją w teczce, po czym opuścił archiwum i, korzystając z kominka właściciela firmy, przeniósł się do swojego biura w kancelarii pana Powella. Tam, na spokojnie przeczytał zawartość swojej zdobyczy, po czym wyjął kawałek pergaminu, chwycił pióro i zaczął pisać.

Amber,
Dowiedziałem się czegoś, co powinno Cię zainteresować. Tym razem proponuję spotkać się w restauracji, być może w końcu wypijesz to, co ci oferuję. Czekam na ciebie dziś o 18. w Tawernie.
Nie spóźnij się
Teodor Nott
PS: Nie chciałbym, by list dostał się w niepowołane ręce. Zniszcz go.

***

Amber podążała za kelnerem cała w skowronkach. Wiedziała, że nie jest to w całości spowodowane tym, iż dostanie dowody na to, że jej ojciec ma nie do końca czyste sumienie. Zdawała sobie również sprawę, iż jej ekscytacja na spotkanie z zajętym mężczyzną jest niewłaściwa, jednak nie mogła powstrzymać uśmiechu, odkąd dostała list.
Na tę specjalną okazję pożyczyła od Chantal czerwoną sukienkę przed kolano w głębokim dekoltem w kształcie litery V. Nie mogła przecież pojawić się w Tawernie w byle czym.
— Dziękuję, już sobie poradzę — powiedziała do kelnera, po czym podeszła do stolika, przy którym Teodor studiował kartę dań.
— Spóźniłaś się — mruknął, nie podnosząc głowy znad menu.
Amber zajęła miejsce naprzeciw niego, nie komentując jego przywitania.
— Tylko kilka minut.
— Trzydzieści.
— Korki.
Młody prawnik w końcu na nią spojrzał.
— Nie mogłaś się przenieść?
Dziewczyna zmrużyła oczy. Nie tego się spodziewała. Miała nadzieję na jakikolwiek przebłysk aprobaty. Nawet prostackie niezłe cycki, Audley byłoby lepsze, niż prawienie morałów.
— Zgubiłam różdżkę.
Nott postanowił odpuścić temat, wracając do wyboru dań.
— Proponuję pierś z kurczaka z sosem malinowym.
Dziewczyna skrzywiła się. Mięso z owocami? To nie mogło dobrze smakować.
— Coś nie tak?
— Ależ skąd. Niech będzie — zgodziła się, nie chcąc go dalej drażnić. Nie, dopóki przynajmniej nie dostanie dokumentów.
— Co przedstawia twój tatuaż? — zapytał nagle Not, gdy złożyli zamówienia.
Amber zamrugała. Spodziewała się tego, że prawnik od razu przejdzie do rzeczy.
— Skąd o nim wiesz?
— Zobaczyłem fragment, gdy byłaś u mnie ostatnio. Ten golf ledwo zakrywał stanik.
— Nie powinieneś zwracać uwagi na takie rzeczy. Twoja dziewczyna mogłaby być zazdrosna.
— Szczęście, że jej nie mam — odparł Teodor, opierając głowę na dłoni. Przesunął palcem wskazującym po swoich ustach, nie odrywając od niej wzroku. — Zgaduję, że musi to być coś symetrycznego.
— Masz rację — niemal wyszeptała, czując, jak jego spojrzenie wędruje w dół, poprzez dekolt, zatrzymując się tuż pod piersiami, w miejscu, gdzie znajdował się tatuaż.
— Podłużny, poziomy wzór — zgadywał dalej brunet, patrząc jej w oczy. — Coś delikatnego, mającego dla ciebie znaczenie.
— Skąd wiesz?
Panna Audley była pod wrażeniem. Jak do tej pory, wszystko się zgadzało.
— Z tego, co zdołałem zobaczyć, po obu stronach znajdują się te same elementy. Większość ludzi skupia się na tatuowaniu kończyn bądź pleców, wątpliwe, byś zdecydowała się na tatuaż pokrywający brzuch. Widziałem, w jaki sposób patrzyłaś na tamtą rzeźbę. Jesteś wrażliwa i kobieca, nie wybrałabyś czegoś bezwartościowego.
— Znowu bawisz się w psychologa?
— Podtrzymuję rozmowę.
— Debatując o moim tatuażu...
— Nie, o twoim ciele — poprawił ją brunet, prostując się, by kelner mógł położyć przed nim talerz. — Niezwykle absorbujący temat.
— Dziękuję — powiedziała do kelnera dziewczyna, a gdy ten odszedł, wróciła do rozmowy. — Dziwne masz sposoby na podtrzymanie rozmowy.
— Oboje jesteśmy młodzi, atrakcyjni i wolni. Myślę, że to odpowiedni temat. — „I co ty na to, Audley? Przejmiesz pałeczkę?”
Amber zaśmiała się nerwowo. Sprawa robiła się skomplikowana. Zdołała wyrzucić go z głowy i wbić do niej, że ostatniej rzeczy, jakiej potrzebuje to romans z prawnikiem ojca, a on nagle całkowicie zmienia front. Niewinne gierki to jedno, ale to, co insynuował, to zupełnie coś innego.
— Myślę, że mogłeś mnie źle zrozumieć.
— Przychodzisz do mojego mieszkania, stroisz się dla mnie, kokietujesz mnie. Myślę, że sprawa jest dość prosta. Pragniesz mnie — oznajmił Nott, wzruszając ramionami, zupełnie, jakby rozmawiali o prawdopodobieństwie wygranej w loterii Proroka Codziennego. — Dlaczego i ja nie miałbym cię kokietować? Dlaczego nie mógłbym zabrać cię do siebie i nie wykorzystać okazji, skoro wysyłasz mi wyraźne znaki? Chyba że wszystko to robiłaś po to, by skłonić mnie do przekazania ci dokumentów, hmm? Więc jak to jest, Amber. Myślisz, że jak bardzo jestem głupi?
Dziewczyna zaklęła w myślach. „Koniec zabawy” — pomyślała, zaczynając nerwowo stukać paznokciami w blat. Wiedząc jednak, że to zauważył, schowała ponownie dłoń pod stół.
— Myślę, że nie jesteś na mnie tak zły, jak powinieneś być, skoro tu jesteśmy.
— Nie, nie jestem — zgodził się Nott. — Ale wiesz, co mogłoby się stać, gdybyś trafiła na kogoś innego?
— Nie jestem dzieckiem...
— Ale nie masz różdżki.
Fakt. Z tym nie mogła polemizować, jednak nie zamierzała się poddawać, nie, gdy była tak blisko celu. Pochyliła się w jego stronę i ściszonym głosem powiedziała:
— Co mogłam innego zrobić? Ojciec, Serena i Chris niszczą firmę, wyzyskują ludzi. Wiesz, co się stanie, gdy firma upadnie? Ilu ludzi straci pracę? Kto razem z nimi poniesie odpowiedzialność za długi, do których oni doprowadzili? Próbuję ratować zatrudnionych, moje dziedzictwo, a jedyną osobą, która może mi w tym pomóc, jesteś ty. Przykro mi, jeśli poczułeś się jak zabawka, ale w grę wchodzi dużo więcej, niż twoja duma. W każdym bądź razie, wierz lub nie, ale miło było mi cię poznać — zakończyła, wstając od stołu.
— A ty dokąd?
— Zgaduję, że nic tu po mnie.
— Wracaj do stołu.
Zaskoczona dziewczyna uniosła brwi, jednak posłusznie wróciła na miejsce.
— Od początku wiedziałem, że czegoś chcesz, nie wiedziałem tylko, czego konkretnie. I zgaduję, że to nie koniec, prawda?
Amber przytaknęła i otworzyła usta, jednak nim się odezwała, Teodor powiedział:
— Nie rozmawiajmy o tym tutaj. Zjemy i pójdziemy do ciebie.
— Do mnie?
— Nie będziesz musiała wracać samochodem — wyjaśnił, zabierając się do jedzenia.
Panna Audley wzięła z niego przykład i przymknęła oczy, gdy w jej podniebieniu wybuchł nieziemski smak. Mruknęła z aprobatą, a gdy otworzyła oczy, spostrzegła, iż młody prawnik przygląda jej się.
— Zgaduję, że jednak smakuje?
— Jak pan do tego doszedł? Droga dedukcji? Intuicja? Ślepy traf? — ironizowała, jednak, widząc jego złośliwy uśmiech, wiedziała, że za chwilę otrzyma nauczkę.
— Wyglądałaś, jakbyś dostała orgazmu. Przez zwykłego kurczaczka. Dość niewielki ptak.
Dziewczyna odwzajemniła jego uśmiech.
— Jak ci się układa pożycie z dmuchaną lalą?
— Shhhh! Na Salazara, ciszej, kobieto — syknął Teodor, rozglądając się nerwowo dookoła.
— W porządku. Skoro krępuje cię wyrażenie „dmuchana lala”, proponuję nazwać ją Zoe. Co ty na to?
— Przysięgam, na Merlina, jeśli jeszcze raz powiesz „dmuchana lala”, a zatkam ci usta.
— W porządku, jednak ostrzegam, że w przeciwieństwie do Zoe nie mam aż tak imponującego rozwarcia szczęk.
Teodor wziął głęboki wdech i powrócił do jedzenia.
— Kobiety. Największa z plag — mruknął, zerkając na nią z rozbawieniem.
Pół godziny później byli na miejscu. Dziewczyna otworzyła drzwi, zapaliła światło i odrzuciła niedbale klucze na szafkę.
— Przytulne — stwierdził Nott, rozglądając się po ciasnym, zagraconym pokoiku.
Amber prychnęła.
— Jeśli „przytulne” jest zamiennikiem „ciasnego”, to jesteś mistrzem dyplomacji.
— Dziękuję.
— A więc czego udało ci się dowiedzieć? — spytała, siadając na blacie.
— Nie zaproponujesz mi nawet filiżanki herbaty?
— Napijesz się herbaty?
— Poproszę — odpowiedział z uśmiechem, siadając w wygodnym, wyświechtanym fotelu. — Czarną, bez cukru — dodał, patrząc, jak dziewczyna znika w kuchni.
Korzystając z nadarzającej się okazji, rozejrzał się po pokoju panny Audley. Po jego niewielkich gabarytach, mizernym oświetleniu i sypiącym się ze ściany tynkiem wnioskował, iż dziewczyna musiała naprawdę nienawidzić ojca, skoro zdecydowała się na zamieszkanie w takim miejscu. Jego uwagę przykuły sterty książek, które walały się po pokoju, drażniąc jego uporządkowany styl bycia. Przyjrzał się bliżej kilku tytułom, utwierdzając się w przekonaniu, iż miał rację co do kierunku, w jakim kształciła się córka jego zleceniodawcy. „Kierunki rozwoju nowoczesnej magomedycyny” — głosił napis na wysłużonym egzemplarzu, zapewne pochodzącym z drugiej ręki.
— A więc? — usłyszał zniecierpliwiony głos dziewczyny, gdy chwilę później postawiła przed nim filiżankę herbaty. — Czego się dowiedziałeś?
— Widzę, że przechodzisz od razu do rzeczy — powiedział, dokładnie lustrując ją wzrokiem. — Dobrze, niech tak będzie. Otóż twoje obawy dotyczące spraw finansowych firmy się potwierdziły. Przyjrzałem się dokładniej dokumentom dotyczącym wyceny zasobów firmy i rzeczywiście kilka miesięcy temu wprowadzono istotne zmiany, o których nie wspomniano w informacji dodatkowej do raportu.
— Czyli wystarczy tylko uzupełnić te dane? — spytała dociekliwie, po czym usiadła na łóżku, chcąc zakryć znajdującą się na nim bieliznę.
Brunet zaśmiał się pod nosem.
— Jesteś aż tak naiwna, czy tylko udajesz? Oczywiście, że udajesz — dodał po namyśle. — Przecież gra wciąż się toczy. Nie wiem, jak daleko sięga twoja wiedza z zakresu ekonomii i czy jest jakikolwiek sens w tłumaczeniu ci tego, ale skoro sobie tego życzysz... — Prawnik upił łyk herbaty i wykrzywił się, po czym szybko odstawił filiżankę.
— Coś nie tak? — spytała, udając uprzejme zainteresowanie.
— Jest słodka.
— A nie miała być?
— Nie.
— Jeśli chcesz, mogę ci zaparzyć jeszcze jedną... — zaczęła z miną niewiniątka.
— Nie trzeba.
— I tak bym tego nie zrobiła.
— Zdaję sobie z tego sprawę — odparł z uśmiechem. — Wracając do meritum, czy wiesz, na jakiej zasadzie dokonywana była wycena zużycia materiałów do produkcji?
— Wyceniano je według cen najwcześniejszej dostawy, a później kolejno, tak, jak napływały do magazynów — odpowiedziała po chwili zastanowienia.
— Od jakiegoś czasu, nie udało mi się ustalić dokładnej daty, stosuje się odwrotne założenie. Otóż najpierw z magazynu „wychodzą” materiały, które dotarły do niego najpóźniej...
— Ale po co? Po co zmieniać coś, co funkcjonowało w firmie od lat?
— A widziałaś może ceny ostatnich dostaw?
— Ojciec mówił, że udało nam się wynegocjować naprawdę konkurencyjne ceny.
— I właśnie dlatego chce wykazać je w raporcie. Żeby teoretycznym spadkiem kosztów załagodzić straty w związku ze spadkiem sprzedaży.
— Ale przecież tegoroczny zysk jest na podobnym poziomie...
— Udało się go osiągnąć tylko dzięki temu zabiegowi. W ostatnim czasie spadły przychody ze sprzedaży i tylko wykazanie niższych kosztów zużytych materiałów pozwoliło na osiągnięcie względnie dobrego wyniku.
— Ale przecież... jeśli nie uda nam się pozyskać nowych dostaw o równie niskich cenach, w końcu koszty te wzrosną. Chyba że ojciec kłamał i spadek cen nie był spowodowany rabatami a niższą jakością towarów. Wtedy...
— Wtedy będzie już tylko gorzej. Firma i tak traci klientów, jeśli nowe produkty będą wytworzone z gorszych materiałów, ten proces będzie postępował. Masz, czego chciałaś — oznajmił, wstając z fotela. Upił jeszcze jeden łyk herbaty i wzdrygnął się, po czym dodał: — Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, iż wyświadczyłem ci przysługę i niemądrze byłoby, gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział.
— A dokumenty?
— Wybacz, dziecino, ale wiąże mnie umowa z twoim ojcem. Żadnych dokumentów nie zobaczysz — odparł, ruszając w stronę wyjścia.
— A jeśli je zdobędę? Jeśli zdobędę dowody przeciwko ojcu, będziesz reprezentował mnie i Randalpha w sądzie?
— Poczekaj... bo nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Mam rozwiązać obiecującą umowę, narażając się na wysoką grzywnę i przyjąć wątpliwe zlecenie od biednej studentki, wiedząc, że prawdopodobnie będę musiał mierzyć się z najlepszymi prawnikami tego kraju? Moje usługi mają swoją cenę. Wybacz, skarbie, ale zapłata w naturze mnie nie satysfakcjonuje.
— Świetnie! Jestem pewna, że znajdę kogoś innego, kto pokusi się na najgłośniejszą sprawę ostatnich lat.
Teodor uśmiechnął się szelmowsko. Zerknął na dwa koty, które akurat teraz musiały przypomnieć sobie o tym, że mają właścicielkę i zaczęły się o nią ocierać, po czym rzucił Amber znaczące spojrzenie.
— Powodzenie w poszukiwaniu — powiedział na pożegnanie, zostawiając ją samą.
— Dupek — burknęła pod nosem dziewczyna, biorąc w ramiona czarnego pupila. Głaszcząc jego główkę, wpatrywała się z determinacją w drzwi, za którymi zniknął prawnik. — Jeszcze zobaczymy, czy nie zmienisz zdania.

***

— Mam coś, co może cię przekonać — rzuciła Amber i weszła do środka, nim Nott zdołał cokolwiek powiedzieć.
Prawnik pomógł zdjąć jej płaszcz i ledwo zdołał ukryć rozczarowanie. Długa, granatowa spódnica z barwnymi kwiatami i zwykła bluzka. Nic, co odkrywałoby jej piękne ciało.
— Nie mogę się doczekać, by to zobaczyć.
Amber odwróciła się, słysząc jego ton.
— Wątpisz w to, że coś znalazłam?
Teodor powiesił płaszcz i odwrócił się do niej ze złośliwym uśmiechem, który zamarł na jego ustach, gdy zobaczył jej kreację w całej okazałości. Przód asymetrycznej spódnicy odsłaniał niemal całą długość jej kształtnych nóg, natomiast bluzka miała bardzo ciekawy dekolt. „Tak lepiej” — pomyślał, nim zdołał się opanować.
— Wątpię, by było to coś wartościowego. Ale skoro zdobyłaś się na ten trud, zobaczę, co tam masz — dodał, rozsiadając się na kanapie.
Dziewczyna, zamiast usiąść obok, wybrała miejsce naprzeciwko. Zarzuciła nogę na nogę i pochyliła się, podając mu dokumenty.
— Proszę. Zerknij na to.
Brunet naprawdę starał się patrzeć tylko i wyłącznie na papiery, jednak gdy Amber pochyliła się, dekolt bluzki odsłonił naprawdę interesujące obiekty. Niemal wyszarpał dokumenty z jej dłoni i zabrał się za przeglądanie ich.
— Skąd to wzięłaś? — spytał po dłuższej chwili, przerywając ciszę.
— Zaprzyjaźniony pracownik firmy obiecał, że rozejrzy się po gabinecie ojca.
— I tylko to dla mnie masz?
Amber wzruszyła ramionami.
— Na chwilę obecną, tak.
— To za mało — stwierdził Nott, odrzucając dokumenty na stolik.
Dziewczyna popatrzyła na niego wzrokiem bazyliszka. To ona dwoiła się i troiła, by przekonać przyjaciela, by nagiął dla niej karku, sama próbowała zakraść się do zakazanego archiwum, przez co została niemal wyrzucona z budynku i dostała zakaz wchodzenia do firmy, a on po kilku minutach rzuca jej zdobyczą i mówi, że do niczego się nie nadaje?
— Jak to za mało — powtórzyła, nieudolnie naśladując jego głos.
— Po prostu. Nie przekonuje mnie to do podjęcia pracy z tobą.
Prawnik przyglądał się dziewczynie, gdy ta, zamyślona, próbowała znaleźć jakikolwiek argument, który skłoniłby go do zmiany zdania. Naprawdę mu się podobała. Nie tylko z wyglądu, podobało mu się to, że nie jest słabą niedojdą, która nie umie o siebie zadbać. Potrafiła osiągnąć coś, zaczynając praktycznie od zera. Wytrwała, pracowita, inteligentna. Dlaczego nie miałaby mu się podobać?
Niepokoiło go jednak to, że zaczął się do niej przywiązywać. Jej wizyty przestały go zaskakiwać, przeciwnie, gdy godzinami siedział sam w domu, co chwilę zerkał na drzwi z nadzieją, że za chwilę stanie w nich Amber. Biorąc pod uwagę ich krótką znajomość i to, że doskonale zdawał sobie sprawę, że potrzebuję od niego tylko jednego, jego zachowanie było dla niego całkowicie nielogiczne. Był tylko narzędziem potrzebnym do obalenia jej ojca, lecz mimo to nie potrafił wyrzucić jej z mieszkania i powiedzieć, by nigdy więcej tu nie wracała.
— A co by cię przekonało?
— Proszę?
— Co musiałabym znaleźć, żebyś zgodził się na współpracę ze mną?
— Prawdziwy raport o stanie firmy, przed wniesieniem poprawek i dokument wypłaty z kasy, która najprawdopodobniej została przeznaczona na łapówkę dla audytora. To tak na początek — odparł bez chwili namysłu.
Dziewczyna w milczeniu obserwowała, jak Teodor wstaje i przechodzi do części kuchennej. Brunet nastawił wodę i wyjął kubek, wsypując do niego kawy, całkowicie ignorując jej spojrzenie.
— Żartujesz, prawda? Przecież to niewykonalne.
— To nie wszystko — oznajmił, zakładając ramiona na piersi. Oparł się o blat i dodał: — Nadal nie mam gwarancji na wynagrodzenie i zatajenie mojego udziału w... dostarczeniu ci dokumentów powierzonych mi przez twojego ojca. Potrzebuję zaliczki.
— Ale ja nie mam dla ciebie pieniędzy. Jeszcze nie. Ale obiecuję...
— Obietnicami nikt jeszcze nigdy nie wyżył, a ja nie zamierzam być kolejnym śmiałkiem. I nie patrz tak na mnie. Każdy prawnik, do którego byś się udała, zachowałby się tak samo.
Amber niechętnie przyznała mu rację. Liczyła jednak na to, iż do tego czasu zdoła wywołać w nim emocje, które wpłynęłyby na jego osąd.
Nieświadomie sięgnęła po naszyjnik, obracając między palcami jedną z pereł. Był to nawyk, który towarzyszył jej w chwilach słabości. Jedyna pamiątka po matce dodawała jej odwagi i pewności siebie, tym razem jednak, gdy muskała palcami ozdobę, w jej głowie zrodził się pomysł.
Nim w pełni dotarło do niej, co robi, zdjęła naszyjnik, podeszła do Teodora i położyła go przed nim na blacie.
Prawnik odstawił pojemnik z kawą i spod zmarszczonych brwi spojrzał na naszyjnik.
— Co to jest?
— Twoja zaliczka. Perły i czyste złoto, jest wart naprawdę sporo. Zwłaszcza że był własnością Evangeline Audley.
— Oddajesz mi go? — upewnił się Nott, biorąc ozdobę w dłoń.
— Powiedzmy, że daję ci go w zastaw. Gdy tylko zdecydujesz się z nami pracować, dostaniesz równowartość naszyjnika. Po procesie dostaniesz resztę wynagrodzenia.
Brunet powoli skinął głową i schował naszyjnik do kieszeni.
— Jednego nie rozumiem — rzekł, z powrotem zajmując fotel. — Mówisz, że teraz nie masz pieniędzy... A gdybym jutro zmienił zdanie i decydowałbym się na zmianę frontu? Skąd miałabyś pieniądze na zaliczkę?
— Za kwestie finansowe odpowiada Randolph Spudmore.
Teodor rozsiadł się wygodnie. Wsparł głowę na dłoni i musnął palcem wargę, bacznie przyglądając się Amber.
— Wyjaśnij wszystko. Od początku.
Dziewczyna skinęła głową. Usiadła na blacie i wbiła wzrok w przestrzeń, zamyślając się.
— Wszystko zaczęło się od ślubu mojego brata z Sereną.
— Córką Randolpha. Czytałem parę lat temu artykuł — wyjaśnił Nott, widząc jej spojrzenie. Pamiętał, jak Draco przyszedł do niego, wcisnął w dłonie gazetę i z dumą oświadczył, iż zamierza kupić Złotą strzałę.
— Zgadza się. Od tego czasu, ojciec zaczął kłócić się z Randolphem, aż w końcu przydzielił jego stanowisko mojemu bratu. Christopher... Christopher to partacz, za każdym jego dyplomem stoją pieniądze tatusia. Randolph się wściekł, odgrywał coraz mniejszą rolę w firmie. Doszło do tego, że przeszedł do firmy konkurencyjnej...
— SilverSpeed — dokończył Teodor. — Tam stworzył Złotą Strzałę i postawił na nogi, upadłą niemal, firmę.
— Tak, jednak nadal ma udziały w ThunderFalsh i głos w radzie nadzorczej. Kilka tygodni temu Randolph przyszedł do mnie, to on zauważył nieścisłości w raportach. Powiedział też, że ojciec będzie chciał całkowicie wykluczyć go z rady.
— Więc to Spudmore odpowiada za wszystko, to on polecił ci zdobyć dokumenty i prawnika, a ty jesteś tylko pionkiem.
Nawet jeśli jego opinia ją zabolała, nie dała tego po sobie poznać. Wstała, zalała kawę i podała mu kubek.
— Nazywaj to, jak chcesz — odparła, siadając naprzeciwko — ale Randolph nigdy by mnie nie wykorzystał. Znam go od zawsze i dla mnie jest bardziej jak rodzina niż pozostała reszta. Poza tym, nim do mnie przyszedł, sama zaczęłam coś podejrzewać. Niepokoiło mnie odejście Randolpha i zabronienie wejścia do archiwum. To on wszystko opłaci, ponieważ po wygranym procesie to my zostaniemy jedynymi właścicielami ThunderFlash. Firma połączy się z SilverSpeed i zaciągnie u niej dług, z którego zostaniesz wynagrodzony. Ciekawość zaspokojona?
Nott uśmiechnął się lekko i upił łyk kawy.
— Prawie. Zastanawia mnie jedno...
— Tylko jedno? — zakpiła dziewczyna, uśmiechając się złośliwie.
Prawnik pokręcił głową. Odstawił kubek i pochylił się, bez skrępowania zerkając jej w dekolt.
— Nie. Ale obawiam się, że ten temat by cię zgorszył.
Amber niemal mogła poczuć, jak na obszar jego zainteresowania wpływa rumieniec. Pochyliła się, by zabrać kubek, nie dbając o to, ile odsłania. Upiła łyk i powoli oblizała usta.
— A czego dotyczyłby ów temat? — spytała, kokieteryjnie zakładając nogę na nogę.
Prawnik wstał i okrążył sofę, na której siedziała. Nachylił się i odstawił na stolik trzymany przez nią kubek, szepcząc jej wprost do ucha:
— Twoich piersi.
— Mhm. A konkretnie? — brnęła dalej, patrząc mu prosto w oczy. Był tak blisko, że czuła jego ciepły oddech na swojej twarzy. Wpatrywał się w nią z czymś, co powodowało, że jedyne, o czym mogła myśleć, to o nich. Nagich. Na jego łóżku. Ewentualnie na blacie, podłodze, albo pod prysznicem.
Zdawało się, że prawnik miał te same grzeszne myśli, jednak on tylko uśmiechał się lekko, z drapieżną nutą w oczach. Nie wiedziała, czy chciał swoim zachowaniem ją do czegoś zmusić, czy po prostu pozwalał wypłynąć temu, co przez długi czas utrzymywał pod kontrolą.
Nadal patrząc jej w oczy, przeniósł dłoń, która dotychczas spoczywała na oparciu sofy, na jej ramię. Opuszki palców przemknęły po szyi, spłynęły do obojczyka i bezwstydnie pogładziły widoczną część piersi.
— Widzisz, ciekawi mnie, czy na co dzień też jesteś taka śmiała i wyzwolona, czy tylko dla mnie zapominasz o staniku i nosisz takie bluzki.
— I to jest takie śmiałe? — wymruczała, niczym kotka wyginając się ku jego dłoni. Pragnęła, by zsunął dłoń odrobinę niżej... by postawił kolejny krok w tej grze. Ku jej rozczarowaniu, nie zrobił tego. Opuszkiem palca leniwie błądził po brzegu bluzeczki, w górę i w dół, bezczelnie bawiąc się z jej pożądaniem.
— Owszem. Wyjątkowo łatwo o wpadkę. Chwila nieuwagi... — prawnik zaczepił palec, zsuwając materiał coraz niżej i niżej, nadal nie odrywając spojrzenia od jej oczu — ... i pokazujesz o wiele więcej, niż byś chciała — dokończył, uśmiechając się krzywo, gdy cicho sapnęła w momencie, w którym musnął sutek. — To bardzo śmiałe.
Zabrał dłoń. Elastyczny materiał wrócił na swoje miejsce, a wraz z nim rozsądek Teodora. Przełknął ślinę i wyprostował się, zerkając na dłoń, która jeszcze przed chwilą dręczyła Amber.
— Zajmij się dokumentami. Możesz już iść.
Dziewczyna patrzyła tylko, jak odwraca się i zamyka w łazience. Ot tak, bez żadnego słowa wyjaśnienia, zostawił ją.
Chwilę siedziała w bezruchu, wsłuchując się w cichy odgłos wody. Frustracja i zawód przebiły się przez ostygłą warstwę fizycznej, bolesnej wręcz potrzeby. Nie wiedziała, co złości ją bardziej: to, że tak beznamiętnie ją stąd odprawił, czy to, że zupełnie się nią nie przejmując, poszedł wziąć prysznic. A ona siedziała tu z nadzieją, że do niej wróci.
— Niech cię szlag — warknęła rozeźlona, wstając z sofy. Podeszła do wieszaka i zdjęła z niego swój płaszcz, mając w pamięci jego dotyk i wciąż żywe obrazy w jej głowie.
Coś się z nią działo. Wystarczyło, że stanął za nią, a sapała, niczym stuletnia lokomotywa. Wzbudzał w niej pragnienia, których siła ją przerażała. Od początku nie miała najmniejszego zamiaru wskakiwać mu do łóżka, nawet za cenę cennych dokumentów. Jednak teraz, pragnęła tego i to z zupełnie innych powodów. Bała się nazwania uczuć, jakie wzbudzał w niej Teodor Nott, choć w głębi czuła, że zaczęła się w nim zakochiwać. A on, w tym wiekopomnym momencie, w którym to sobie uświadamiała, brał prysznic.
Odwróciła się, rzuciła płaszcz i bezceremonialnie wparowała do łazienki. Niewiele myśląc, podeszła do kabiny i odsunęła zaparowaną szybę.
Teodor drgnął, słysząc hałas i wyprostował się. Nawet stojąc przed nią nago, nie porzucał maski opanowania. Uniósł jedynie brew i założył ramiona na piersi, cierpliwie czekając, aż Amber cokolwiek z siebie wyrzuci.
Tymczasem ona, choć nadal była na niego wściekła, nie omieszkała zlustrować go wzrokiem. Był posiadaczem smukłego ciała z delikatnie zaznaczonymi mięśniami, nieco silniej zaznaczonymi w ramionach, trochę, jakby był pływakiem. Jasną, choć nie chorobliwie bladą skórę pokrywały błyszczące krople, które spływając, pozostawiały na jego ciele smugi.
— Dupek z ciebie — warknęła, nie komentując w żaden sposób jego ewidentnego podniecenia.
Nott zmrużył oczy.
— Zechciałabyś wyjaśnić, z jakiego powodu napastujesz mnie w łazience? — wycedził, dobitnie akcentując każde słowo.
— Bo cię nie lubię.
— Twoi wrogowie muszą być zachwyceni.
Amber aż syknęła z rozdrażnienia.
— Jesteś dupkiem. Drażnisz mnie.
— Widzę, że się rozkręcasz. Skoro najwyraźniej trochę tu postoisz, to mogłabyś podać mi ręcznik?
— Wkurwia mnie to twoje opanowanie, wiesz? Za każdym razem, gdy coś się dzieje, ty zaczynasz świrować!
— Słuchaj no, aniołku... — warknął Teodor, nachylając się nad nią. Oparł dłonie na brzegach kabiny z taką siłą, że te zatrzęsły się. — ... to nie ja wpadam do cudzych łazienek, nie ja knuję przeciwko własnemu ojcu i nie ja namawiam ludzi do spiskowania. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale z naszej dwójki to ty aż prosisz się o leczenie. I tylko to moje wkurwiające opanowanie powstrzymuje mnie od wyniesienia cię na korytarz i wrzucenia do windy.
Amber prychnęła mu prosto w twarz.
— A ja myślałam, że nagość.
Mięsień w jego policzku drgnął. Zbliżył do niej swoją twarz, a kilka lodowatych kropli spłynęło z jego twarzy na jej.
— Klnę się na Salazara, jeśli zaraz stąd nie wyjdziesz, zrobię, co powiedziałem, mając w dupie sąsiadów, nagość i twoją reputację.
Amber tylko krzywo się uśmiechnęła.
— Widzimy się po zdobyciu papierów — powiedziała, podchodząc do drzwi. Nim jednak wyszła, obejrzała się przez ramię, ostatni raz lustrując go wzrokiem i kąśliwie rzuciła: — Zoe czeka pewnie pracowita noc.

***

Amber nie miała pojęcia, jak Teodor zareaguje na jej wizytę. Nie zdobyła dokładnie tego, czego potrzebował prawnik, jednak przez te dwa tygodnie zdołała stęsknić się za nim, prawie zapominając o sprzeczce pod prysznicem. Prawie.
Wzięła głęboki wdech i zapukała.
— Właź — usłyszała w odpowiedzi.
Tak też uczyniła. Powiesiła płaszcz i weszła w głąb salonu.
— Zdobyłam dokumenty inwentaryzacyjne z kasy i wynika z nich, że brakuje całkiem pokaźnej sumy — oznajmiła, kładąc teczkę na stolik.
— To znowu ty?
Dziewczyna uniosła brew.
— Nie jest to dokładnie to, czego oczekiwałeś, ale myślę, że dużo wnosi — rzuciła, odwracając się w jego stronę. O ile jego ton był co najmniej oziębły, nie można było powiedzieć tego samego o widoku, jaki prezentował się przed jej oczami.
Teodor Nott, prawnik, do którego jeszcze przed chwilą wciąż żywiła urazę, opierał się leniwie o blat, popijając coś z filiżanki. Nie byłoby w tym nic frapującego, gdyby nie fakt, iż odziany był wyłącznie w niedopięte jeansy. Biorąc pod uwagę zapach, jego wilgotne włosy i nierówny rytm, w jakim pracowało jej serce, śmiało mogła wnioskować, iż w filiżance znajdowała się kawa, facet dopiero co wyszedł spod prysznica, a ona była podniecona. To albo w wieku dwudziestu jeden lat dostała zawału.
— Doprawdy? — spytał, unosząc brew.
— Mhm. Widać ci bokserki — poinformowała, jednak gdy Teodor wzruszył ramionami, jakby mówiąc „mój dom, moje zasady”, dodała: — Ktoś mógłby pomyśleć, że to celowe działanie.
Nott uśmiechnął się lekko, nie był to jednak przyjazny uśmiech.
— W przeciwieństwie do ciebie, jestem niczego niepodejrzewającą ofiarą, która nie jest w stanie przewidzieć, że ktoś wpadnie mu do domu o ósmej rano. W niedzielę — dodał srogim tonem, jakby to w tym wszystkim było najgorsze.
— Dzień jak każdy inny — odparła, wzruszając ramionami, starając się sprawiać wrażenie, że w ogóle nie interesuje jej ta drobna kropla wody, która powoli ściekała z torsu mężczyzny, znacząc błyszczącym szlakiem delikatnie zarysowane mięśnie brzucha i uporczywie zmierzając coraz niżej i niżej aż do...
— Na co czekasz? — otrzeźwiło ją pytanie bruneta.
Żywiła głęboką nadzieję, iż oblizała wargi tylko w myślach. Już miała wyliczać całą litanię świętych, próbując nieco ostudzić pożądanie, jednak prawnik zdołał już ją wyręczyć. Wystarczyło jedno spojrzenie Teodora Notta, by przeszła jej ochota na romanse. Jedno pewne siebie spojrzenie typowego buca, myślącego, że jest na jego każde zawołanie i że wystarczy jedno skinienie palcem, by była jego. Albo, że skrawek majtek i odrobina przeciętnego ciała („Tak, panie Mott, jest pan przeciętny!”) sprawi, że zapomni o bożym świecie. Jak gdyby nigdy nic podeszła do bruneta, obdarzonego ciałem półboga („Jest przeciętny!”) i oparła się o blat, po czym wyjęła kopię dokumentu z torebki i podała ją chłopakowi. Ten, jak gdyby nigdy nic znudzonym wzrokiem lustrował papier, ignorując jej obecność. Rozjuszona jego obojętnością, wyrwała mu kubek z ręki i upiła łyk.
— Jak chcesz, mogę ci zaparzyć świeżej — oznajmił, nie podnosząc wzroku znad dokumentu.
— Obejdzie się. I co ty na to? — spytała ozięble, wskazując na przyniesiony przez nią dokument.
— To za mało. Powiedziałem ci już, co ewentualnie mogłoby skłonić mnie do współpracy i zdania nie zmienię. Takimi świstkami nic nie ugrasz ani w sądzie, ani tym bardziej u mnie. I nie nachodź mnie więcej bez potrzeby, bo to już podchodzi pod paranoję.
— Zależy mi po prostu na dobru firmy — odparła, po czym upiła kolejny łyk kawy. — I uwierz mi, gdybym nie musiała, nie przychodziłabym do tego... domu — dokończyła, lustrując wzrokiem idealny, irytująco perfekcyjny rozkład mebli. — Ani tym bardziej do takiego zadufanego w sobie pedanta. A ta kawa jest okropna — dodała, nieudolnie próbując zmazać ten dobroduszny uśmieszek z jego twarzy.
— Chciałabyś dodać coś jeszcze?
— Nie.
— W takim razie do następnego razu — odpowiedział z uśmiechem, po czym odepchnął się od blatu i odprowadził Amber Audley do wyjścia. Gdy pomagał dziewczynie zakładać płaszcz, rozległo się głośne pukanie do drzwi, mogące oznaczać tylko jedno: katastrofę. A imię jej Zabini.
I rzeczywiście chwilę później w drzwiach stanął jak zwykle uśmiechnięty Blaise i tylko opatrzność losu sprawiła, iż młody prawnik zdołał wepchnąć niczego niespodziewającą się dziewczynę do szafy. Zanim zamknął drzwiczki, zdołał zobaczyć jej zielone oczy, które ciskały w niego błyskawicami, jednak udało mu się je okiełznać i dać znać ich właścicielce, by siedziała cicho. Zbyt dobrze znał swojego przyjaciela i zdawał sobie sprawę z tego, iż do południa cały Londyn wiedziałby, że Teodor Nott wreszcie znalazł sobie dziewczynę i jest nią córka jego klienta.
— Ty jeszcze niegotowy? — zapytał Zabini, patrząc oskarżycielsko na przyjaciela. — Żabciu...
— Blaise — warknął poirytowany Teodor, rzucając zaniepokojone spojrzenie w stronę szafy, w której siedziała Amber.
— No dobrze, ropuszko ty moja, obiecałeś, że ten dzień spędzimy razem...
Amber odsunęła się od drzwiczek, zastanawiając się nad tym, czy aby na pewno chce słyszeć dalszy ciąg tej rozmowy. Przesunęła się w głąb szafy, w obawie, iż nowo przybyły może ją dostrzec przez wąskie szparki i wtedy na coś nadepnęła. Na coś, co wydało z siebie zduszony i zmysłowy jęk. Odwróciła głowę w tamtą stronę i stanęła twarzą w twarz z Zoe.
— To nowy kot sąsiadki. Strasznie ujada — powiedział Nott, chcąc zapaść się pod ziemię. — Napijesz się czegoś?
— To mi nie brzmiało jak kot — rzucił odkrywczo Zabini.
Musisz mieć gdzieś jakiś wyłącznik, Zoe” — pomyślała Amber, obracając lalkę w poszukiwaniu odpowiedniego przycisku.
— To jakiś nowy gatunek z... Zimbabwe.
No dalej... rusz się, ty pusta lalo!” — rzuciła w myślach dziewczyna, próbując obrócić Zoe, która zaklinowała się między ubraniami.
— No, chyba że z Zimbabwe — przytaknął Zabini, kierując się do salonu.
Teodor odetchnął głęboko, a chwilę później z szafy wydobył się niski, zmysłowy głos:
— Nie mogę się doczekać, aż zamieszasz w moim kociołku...
— Czy to...? — zapytał Blaise, z zaciekawieniem spoglądając na szafę.
— Tak, to Zoe — przyznał zrezygnowany Nott, zagradzając przyjacielowi drogę.
— Nadałeś jej imię? Jakie to słodkie — ucieszył się Zabini. — Mogę ją zobaczyć?
— Nie! — zaprotestował Teodor, wpychając przyjaciela w głąb mieszkania. — To moja lalka i nie będziesz jej oglądał.
— Nott, ty ogierze, nie podejrzewałem cię o to, że będziesz o nią zazdrosny.
— Tak, właśnie, jestem cholernie zazdrosny — wtórował mu prawnik, próbując zagłuszyć kolejne jęki dochodzące z szafy. — Idź do kuchni, zrób sobie coś do picia a ja...
— Zajmiesz się Zoe — dokończył przyjaciel, posłusznie wykonując polecenie Teodora. — Ale wiesz, że prędzej czy później musisz znaleźć sobie żywą dziewczynę...
— Dlaczego tak bardzo na tym ci zależy?
— Bo Draco wybrał ciebie na ojca chrzestnego. Przyszły owoc twoich lędźwi jest ostatnią szansą na to, żebym w końcu nim został. A drzewo nie wyrośnie, jeśli nie będziesz miał miejsca, w którym mógłbyś je zasadzić — dodał Blaise tonem filozofa.
— Zabini, twoja logika jest pojebana.
Gdy tylko upewnił się, że jego przyjaciel znalazł sobie zajęcie, Nott skierował się do szafy, chcąc usunąć uciążliwego intruza. Otworzył drzwiczki i szarpnął dziewczynę za ramię, wyciągając ją na korytarz.
— Teodoro, tylko pamiętaj, że z kobietami należy obchodzić się delikatnie — usłyszeli stłumiony głos Zabiniego.
— Zabaw z dmuchanymi lalkami ci się zachciało? — warknął zduszonym głosem Teodor, nie wypuszczając dziewczyny z uścisku.
— Mi?! — spytała oburzona dziewczyna, cała czerwona na twarzy. — To nie ja chowam swoje zabawki erotyczne po całym domu!
— Ciszej, do cholery — syknął prawnik, oddalając się z dziewczyną od drzwi do swojego mieszkania. — Ile razy mam ci powtarzać, że to prezent od przyjaciela?
— To dlaczego jeszcze jej nie wyrzuciłeś?
— A jak ty sobie to wyobrażasz? Że wezmę ją pod pachę i wyniosę na śmietnik?
— No nie wiem, ja najpierw transmutowałabym ją w coś normalnego... no, chyba że z drugiej różdżki też nie potrafisz zrobić użytku — dodała, patrząc na niego sugestywnie.
— Do domu — warknął, wskazując na windę.
— Swoją drogą to zastanawiające...
— Po prostu nie mam do tego głowy, bo dużo pracuje.
— Mhm — rzuciła wątpiącym tonem Amber. — Fizycznie.
Nott zmrużył oczy, połykając przekleństwo, które zdołało uformować się w jego ustach. Ta jedna kobieta potrafiła w minutę wyzwolić w nim ogrom emocji, od irytacji zaczynając, na pożądaniu kończąc. Gdyby nie wiedział lepiej, co się z nim dzieje, zacząłby się zastanawiać, czy pomału nie popada w obłęd. Zawsze wszystko było dla niego czarno białe. Dobro i zło. Życie i śmierć. Wróg i przyjaciel. A ta niska, delikatna dziewczyna o anielskiej urodzie i charakterem rodem z piekła sprawiała, że jego poukładane życie zaczynało przypominać plac zabaw dla schizofreników. Gdy był sam, odzyskiwał spokój, rzucając się w wir pracy, jednak wystarczyło krótkie spotkanie z nią, by spokój szlag trafił.
Widząc, że Amber nadal się nie porusza, nachylił się, by wcisnąć przycisk, znajdujący się tuż za nią. Nie odsunęła się, by ułatwić mu zadanie. Poczuł jej gorący oddech muskający nagi obojczyk. Świadomość tego, jak blisko znajdują się jej usta, tylko pchała go w głąb szaleństwa, które zawsze budziło się w nim w jej obecności. Przygryzł policzek, by choć trochę odsunąć od siebie myśl, jak dobrze byłoby czuć jej usta na swoim ciele, jak przyjemnie byłoby pieścić jej satynową skórę przy akompaniamencie jej westchnień.
Wyprostował się i spojrzał na nią. Wiedział, że i ona o tym myślała.
— Winda nie przyjeżdża — rzuciła odkrywczo.
— Chyba nie działa.
— Teo! Gdzieś ty się podział?!
Głos Zabiniego zadziałał na nich niczym lodowaty prysznic. Oboje wzdrygnęli się i zerknęli na drzwi.
Nott bez słowa odwrócił się i podszedł do nich.
— Teo.
Prawnik zerknął za siebie i uniósł pytająco brew.
— Następnym razem przyjdę po to, by w końcu dostać to, czego chcę — powiedziała cicho, po czym ruszyła w stronę schodów, zostawiając go samego z tym wyznaniem.

***

— Wejdź — rzucił Nott, doskonale wiedząc, kto stoi po drugiej stronie. Uśmiechnął się na dźwięk obcasów stukających o posadzkę i nałożył na talerz porcję lazanii. — Więc?
— Mam to, o co prosiłeś.
Cichy szelest płaszcza i rzucanych papierów. Zaskoczony Teodor uniósł brwi. Nie spodziewał się, że dziewczyna tego dokona, a z pewnością nie tak szybko.
— Jakim cudem... — zaczął, jednak słowa ugrzęzły mu w gardle na jej widok.
Bogini. Na środku jego pokoju stała złocistowłosa bogini. Tylko tak mógł ją opisać. Rozpuściła miękkie, falowane włosy, pozwalając, by te swobodnie opadały na nagie ramiona. Jej ciało odziewał biały, jedwabny skrawek materiału, który ktoś miał czelność nazwać sukienką. Była tak cienka, że z miejsca, w którym stał, bez problemu widział dokładny zarys jej piersi. Krótki dół z rozcięciem sięgającym biodra odsłaniał niemal całą długość nóg. Wąską kibić dziewczyny otulał biały gorset, natomiast zsunięte ramiączka sukienki zwisały z ramion, jakby zapraszając do zerwania z niej odzienia. Już raz widział ten strój. Była to wiernie odwzorowana sukienka z rzeźby Goldenmayera.
— Co ty wyprawiasz? — spytał cicho głosem stłumionym przed gniew i pożądanie.
— Daję ci to, czego potrzebujesz. Czy teraz zmienisz zdanie?
Brudet zaśmiał się i pokręcił głową.
— Nie o to mi chodzi — oznajmił, podchodząc do niej, jednak w połowie drogi zatrzymał się, jakby uzmysłowił sobie, dlaczego zbliżenie się do niej jest wyjątkowo złym pomysłem.
— Nie rozumiem — mruknęła Amber, przyglądając mu się. Sądziła, że ucieszy się na jej widok, że oszaleje, porzuci opanowanie i chłodną logikę na rzecz namiętności. Teodor jednak wydawał się być na nią zły. Brązowe oczy lśniły tak niebezpiecznie, że musiała potrzeć ramiona, by powstrzymać nadchodzący dreszcz. — Nie podoba ci się?
— Myślę, że powinnaś wyjść.
Prawnik podszedł do niej, chwycił ją za ramię i zaprowadził do drzwi.
— Puść! — warknęła, próbując mu się wyrwać, jednak był zbyt silny. Czuła, jak na jej twarz wpływają rumieńce zawstydzenia. — O co ci, do cholery, chodzi?
— O to — szepnął wściekle wprost do jej ucha — że pomimo tego, iż dostaniesz to, czego od samego początku ode mnie chciałaś, nadal przychodzisz tu ubrana w... w taki sposób. W porządku, było zabawnie, podobało mi się to, ale przeraża mnie myśl, ile możesz poświęcić, dla osiągnięcia celu. Cholera, dziewczyno, wiesz, co by się stało już na samym początku, gdybym był inny? Albo teraz? A co, gdybym zerwał z ciebie tę sukienkę? Co, gdybym rzucił cię na nagą na łóżko? Co, gdybym przestał się powstrzymywać?
— A co, gdybym powiedziała, że nie chcę, żebyś się powstrzymywał?
Teodor nie odpowiedział. Nachylił się nad dziewczyną i wpił się w jej wargi, nie czekając na dodatkową zachętę. Jakby w obawie przed tym, że mogłaby mu uciec, wplótł dłoń w jej włosy, przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej. Jęknęli zgodnie na ten gest, oboje spragnieni drżącego dotyku drugiego. Poznawali dotykiem lubieżnych dłoni swoje ciała, jednak to tylko nasiliło ich tęsknotę i palącą potrzebę.
Brunet delikatnie pchnął Amber na ścianę, rozpinając haftki gorsetu, jedna za drugą. W końcu wylądował na podłodze. Dziewczyna westchnęła, gdy wtulił gorące usta w jej szyję. Odchyliła głowę i zacisnęła dłonie na jego ramionach, wbijając w nie paznokcie.
Teodor wydał z siebie ciche sapnięcie, w odpowiedzi na słodki ból. Tak długo wyobrażał sobie te drobne dłonie na jego ciele. Długie nogi owinięte wokół jego bioder. Perłową skórę zaróżowioną od wysiłku, zroszoną potem, noszącą jego zapach. Teraz w końcu mógł to mieć, wyrzucając natrętną myśl o tym, że zamierza kochać się z kobietą, która, jeśli tylko zechce, zniszczy jego karierę.
Odsunął się tylko po to, by zdjąć z niej sukienkę. Biały materiał bez oporu zsunął się po ciele, wystawiając ją nagą dla jego wygłodniałego spojrzenia.
Amber zadrżała, czując palący wzrok na swojej sylwetce. Nie czuła się oceniana, patrzył na nią tak, jakby od dawna o tym marzył i teraz nasycał się samym widokiem, nim, tym razem bez żadnych przeszkód, zacznie błądzić dłońmi po jej ciele.
Przez chwilę patrzył jej prosto w oczy. Czułym gestem założył jej kosmyk za ucho i zniżył wzrok ku piersiom. Pogładził ją po zarumienionym policzku i skierował dłoń niżej, muskając opuszkami wygiętą linię szyi.
Amber nie chciała dłużej czekać. Nie mogła. Stanęła na palcach, łącząc ich usta w pocałunku. Wessała dolną wargę i pogładziła ją językiem, jednocześnie rozpinając koszulę Teodora. W odpowiedzi na to brunet rozchylił wargi i pogłębił pocałunek. Poczuł, jak jej dłonie w końcu rozpinają ostatni guzik i zaczynają zapoznawać się z jego ciałem. Przyłożyła je do brzucha i przesunęła w górę, aż w końcu objęła go za szyję, jednocześnie zarzucając nogę na jego biodro. Gdy mocno chwycił jej udo, otarła się o niego bezwstydnie, szukając zaspokojenia. Gdy przeniósł dłonie na jej biodra, bez wahania lekko podskoczyła i owinęła nogi wokół jego talii.
Nott tylko na to czekał. Przeniósł dłonie na jej pośladki i wtulił usta w jej dekolt. Koniuszkiem języka musnął rowek między piersiami, po czym całą swoją uwagę przeniósł na pierś dziewczyny. Błąkał się chwilę, skubiąc wargami delikatną skórę, po czym wessał sutek.
Amber jęknęła, wyginając się w jego objęciach. Wplotła dłoń w jego włosy, przyciskając go do siebie. Zaczęła poruszać biodrami i gwałtownie nabrała powietrza, gdy zaczął wychodzić jej naprzeciw.
— Teo, Teo, Teo — wzdychała niemal nieświadomie, prosząc, by przestał ją dręczyć.
Wysłuchał jej i w paru krokach zaniósł ją do sypialni. Położył dziewczynę na łóżku i uśmiechnął się drapieżnie.
— Coś... Coś cię bawi, Nott? — wydyszała, podczas gdy ten chwycił jej kostkę i uniósł nogę.
— Mhm. Znalazłem sposób na to, żebyś w końcu się przymknęła — odpowiedział, całując kostkę. Przeniósł na nią spojrzenie, przesuwając usta na jej łydkę.
— Ach... Szkoda tylko, że potrwa to tak krótko.
Ugryzł ją leciutko w odwecie na te zuchwałe słowa, po czym szybko ucałował to miejsce. Zatrzymał się dopiero przy kolanie, gdy kątem oka zobaczył jej tatuaż.
— Złoty znicz — wyszeptał, nachylając się nad nią.
— Podoba ci się?
Brunet uśmiechnął się.
— Z pewnością poświęcę mu dużo uwagi — mruknął, opierając dłonie po obu stronach jej głowy. — Zanim zaczniemy...
— Myślałam, że jesteśmy już w połowie — przerwała mu Amber, sięgając do zamka jego spodni. — Coś nie tak? — spytała z udawaną troską, gdy napiął się w momencie, kiedy przeniosła jedną dłoń na wypukłość spodni.
— Diablica.
— Twoja diablica.
Brunet otworzył oczy i skinął głową.
— Tak. Moja.
Amber uśmiechnęła się. Teodor właśnie rozmył jej obawy co do tego, jak będą wyglądały ich relacje po tej nocy. Mężczyzna, którego pokochała, chciał z nią być. Ufał jej.
— Chciałeś coś powiedzieć — przypomniała mu, powoli rozpinając jego spodnie.
— Chcę, żeby jedna rzecz była jasna: jeżeli tego nie przerwiesz, będzie to dla mnie oznaczało jedno. Nie dam ci po tym łatwo odejść.
— To dobrze — mruknęła, gładząc go delikatnie. — Bardzo dobrze.
Teodor syknął i wygiął się.
— Cholera, kobieto. Mam... Mam jeden warunek — zdołał z siebie wyrzucić, gdy przyśpieszyła ruchy dłonią. — Nasz związek... Tajemnica... Do czasu zakończenia. Rozprawa.
— Rozumieć. Ja się zgadzać.
— Czasami cię nienawidzę — jęknął i nachylił się, by móc ją pocałować, jednak ona odwróciła głowę.
— Nie tak szybko, Tarzanie. Też mam warunek.
Nott zaklął. To nie był najlepszy czas na długie rozmowy.
— Słucham.
— Jeśli ja zostaję, Zoe stąd wylatuje.
Teodor zaśmiał się i pokręcił głową.
— Jesteś niemożliwa.
— Ale i tak mnie kochasz...
I tym razem skinął głową.
— Czy teraz Jane zamilknie i pozwoli mi pracować?
— To zależy, czy jesteś tak samo zwinny, jak Tarzan.
Teodor uśmiechnął się, po czym z przyjemnością jej to udowodnił.